Okładka płyty

W większości elektrycznie wygenerowane tło i mroczny głos stwórczy. A właściwie twórczy Koszmar Zwierza. To „Wind, the Lullaby of Needles”, intro do płyty B.W.P.P. „Alpha Pro Broken Machines”.

Okładka płyty
Okładka płyty

Zaraz potem w „It’s Sweet, She said” dowiadujemy się jak można połączyć lekkie, rytmiczne bity z piłą mechaniczną, którego zwieńczeniem jest „Congratulations, the Damage is Done”. Utwór ten ma najkrótszy tekst, który wypowiadany tajemnym głosem (niczym zza światów) mieści się w jednym zdaniu: „The damage is done, guess, you must leave now”. Chyba faktycznie warto opuścić to miejsce, bo w „The high” słuchacza prowadzi się ku śmierci… Muzycznie podoba mi się „Bridge Burner 2”, w końcu It’s such a lovely morning… W „How many times” nikt nas za nic nie przeprasza. I bardzo dobrze! Trochę łagodności w brzmieniach nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a delikatny wstęp jest przyjemnym wyciszeniem od mroku. W „Let’s get Unconscious, shall we?” wraca „bałagan w głowie”, chociaż trzeba przyznać, że pojawiający się tu wokal Katarzyny Pusowskiej miło przypomina Amy Lee (Evanescence). Lubicie, gdy „Lips are Burning Black”? Tak właśnie dzieje się w kolejnej piosence na liście. Tam nawet your body bondaged to the bed covered in latex, pure sex &death… Najwyższa pora, aby Koszmar Zwierz trochę się ujawnił – kolejny utwór jest opowieścią o mężczyźnie bez imienia (sic!). Muzycznie kolejna perełka. W „Her Great Emptyness and Cold Lines on my Mirror” znajdujemy odpowiedź na pytanie z tytułu tekstu. Muszę Was zasmucić, na płycie wokalistka Margaret się nie pojawia, ale za to jest to „boom, boom, boom”, o którym śpiewa (bo tak można najprościej scharakteryzować obecne tu uderzenia bębnów). W „I’d rather lick publick lavatory’s floors than kiss you, Honey”. Nie, nie ma tu Honey. Jest za to długi tytuł, ale i piosenka długa. Na szczęście dobrze się słucha, fajne gitary. I znowu głos pokazujący, że kobiety też mogą być mroczne, a co! W „Patience & Dyscypline” jest jakaś grzeczność i dyscyplina. Dość elektryczna. Nawet młot pneumatyczny się przewija. Album kończy wilcza piosenka „Above: the Wolf Song”. Z wilkiem się nie kojarzy, chyba, że z jakimś zakochanym (wtedy każdy jest nie do poznania, a Koszmar Zwierz już na początku nam mówi, że I love my Baby Girl). I chce być jej ulubionym diabłem. Myślę, że ma na to szanse, bo jest płyta jest naprawdę piekielna.

Koszmar Zwierz w teledysku „Congratulations, the Damage is Done”
Koszmar Zwierz

Z tego piekła można czasem zejść na ziemię i zachować trochę powagi. Zatem: zespół uważa się za króla muzyki industrialnej. Faktycznie nie brakuje tu rockowego stylu i eksperymentów z industrialu. Ciężko mi powiedzieć, że tytuł króla jest faktycznie tytułem właściwym, ale medal całkowicie się należy zielonogórskiej formacji. Biorąc pod uwagę fakt, że Zielona Góra kojarzy się z zagłębiem kabaretowym, mroczna muzyka na pewno nie ma tam łatwo, za co należą się brawa dla muzyków, że chce im się tworzyć i czuć, że czują to, co robią. Album zawiera prawie godzinną opowieść Koszmar Zwierza (który wcale nie jest taki koszmarny, naprawdę potrafi growlować!). Nie jest do przejścia w zimowy wieczór z kubkiem gorącej herbaty i kominkiem obok. Za to zimą będą koncerty promujące album. I myślę, że może być na nich naprawdę gorąco…

PS A w roli Koszmar Zwierza wciela się Paweł, z którym wywiad już niebawem na naszej stronie 🙂

PODZIEL SIĘ
Absolwentka dziennikarstwa i medioznawstwa UW, pasjonatka teatru i polskiej muzyki.

Dodaj komentarz

  Bądź na bieżąco  
Powiadom o