Shannon jest zespołem celtyckim istniejącym od ponad dwudziestu lat. Muzykoholicy porozmawiali z Marcinem Rumińskim z okazji wydania nowej płyty. Czym różni się od innych? Co łączy zespół i szpital psychiatryczny? 

Shannon Crowded head

Natalia Zakolska: Jak ostatnie przygotowania przed premierą płyty?
Marcin Rumiński: Pierwszy koncert zagraliśmy wczoraj, w naszym rodzinnym Olsztynie. Odbiór był fajny! My sami dopiero w zeszłym tygodniu odebraliśmy płytę, podekscytowani rozpakowaliśmy kartony…

NZ: Jest stres?
MR: Nie, po ponad dwudziestu latach na scenie nie ma mowy o stresie. Za to jest adrenalina.

NZ: Zespół mocno się zmienił przez te 22 lata?
MR: Zmienił się mocno i to kilka razy. Dla mnie nowa stylistyka to bardzo dobra sprawa. Teraz, konsekwentnie od dwóch albumów, gramy muzykę akustyczną, jedynym instrumentem elektrycznym jest gitara basowa, czasem zmieniana na kontrabas – wtedy wszyscy gramy akustycznie. Zmierzamy ku temu, by się w takim graniu wyspecjalizować.

NZ: Słyniecie z łączenia tradycji z nowoczesnością…
MR: Wynika to z tego, że gramy muzykę nie z naszego regionu, tylko z regionu oddalonego o 2,5 tysiąca kilometrów i musieliśmy znaleźć sposób, w jaki będziemy ją wykonywać. Nieustannie szkolimy się w tej materii, wiadomo, że nie zagramy jej tak, jak Irlandczycy, chociaż muszę przyznać, że dla nich nasza wizja ich muzyki jest ciekawa i atrakcyjna! Zawsze się dziwią, że jest ktoś, kto chce grać ich folk. Niepojęte jest dla nich, że można od ponad dwudziestu lat interesować się czymś takim, jak muzyka irlandzka (śmiech).
Oni sami niekiedy niezbyt się nią interesują i często nie mają wiedzy na temat swojej kultury… Jest to chyba obecnie cecha większości młodych pokoleń w Europie.
Czasami nasze brzmienie determinuje płyta, której słuchamy w samochodzie. Nasze zainteresowania się zmieniają, każdy koncert gramy praktycznie inaczej.

NZ: Nowa płyta została wydana przy pomocy crowdfundingu.
MR: Crowdfunding to bardzo fajna rzecz! Dla nas zbiórka pieniędzy przez serwis internetowy była pierwszym takim eksperymentem, pozostałe osiem albumów wydaliśmy sami. Teraz zdaliśmy się na naszych fanów i osoby zainteresowane nową płytą. Wszyscy mogli ją kupić przed nagraniem, wydaniem. W momencie wpłat pieniędzy mieliśmy zarejestrowany jedynie singiel, pozostałe utwory i to nie wszystkie były grane jedynie na koncertach. To ogromny kredyt zaufania dla muzyków!

NZ: Wśród nagród były między innymi lekcje gry na instrumentach…
MR: I chyba wszystkie zostały wykupione!

NZ: Już się odbyły?
MR: Część tak, część nie. Teraz trzeba się zgrać z ludźmi. To jest bardzo ciekawe – czasem lekcje odbywają się przez Skype’a, czasem osobiście. Ludzie chętnie zamawiali naszą płytę, niemal wszystkie zostały już rozesłane. Zaczynają do nas spływać informacje od tych do których Poczta Polska już dotarła, chętnie dzielą się swoimi emocjami i przemyśleniami.
Jest pozytywnie!

NZ: Porównujecie się do wielogłowego smoka…
MR: Staramy się być jednym organizmem z kilkoma głowami. Poświęciłem wiele lat życia na szukanie tych muzyków, wreszcie się udało i zrobimy wszystko, żeby razem nagrać jak najwięcej płyt!

NZ: Wszystkie głowy zgodnie współgrają?
MR: Tak, nie wyobrażam sobie sytuacji, że mogłoby być inaczej!

NZ: Która z piosenek na płycie jest dla Ciebie najważniejsza?
MR: Najbardziej lubię „Here’s a health to the company”.

NZ: Dlaczego?
MR: To taka piracka piosenka. Znam ją z kilku źródeł, w kilku wykonaniach. Słucham jej od wielu lat. Przewija się nawet w Assasinie – jestem maniakiem gier na PlayStation. Usłyszałem ją nawet pływając statkiem po świecie gry (śmiech). Pomyślałem wtedy, że to trwa już za długo, najwyższa pora nagrać ten utwór! I zaśpiewaliśmy ją wspólnie.

NZ: Skoro tak lubisz tę piosenkę od dłuższego czasu, nie obawiasz się, że będziesz miał jej dosyć?
MR: Nie, przecież na przykład „Tri martolod” nagraliśmy w 2000 roku i graliśmy ją przez 16 lat! Aż w końcu postanowiliśmy nagrać ją w nowej wersji…

NZ: A jednak nowa wersja!
MR: W starej formie nie da rady jej zagrać na koncercie, jesteśmy obecnie w zupełnie innym składzie instrumentalnymi… Ale szczęśliwie nowa wersja też zbiera bardzo dobre punkty od słuchaczy!

Shannon

NZ: Czym jest Celtic River Orchestra?
MR: To projekt istniejący od dwóch lat w orkiestracjach Zbigniewa Namysłowskiego, pod batutą Pana Marka Mosia. Za chwilę gramy z Orkiestrą Aukso, trzydzieści osób na scenie, dwójka tancerzy z Irlandii…

NZ: Duże przedsięwzięcie!
MR: Jesteśmy pod wrażeniem tych tancerzy, przylatują lada dzień, będziemy mieli wspólne próby. Trzeba dać ognia!

NZ: Jak doszło do współpracy ze Zbigniewem Namysłowskim?
MR: Tak się składa, że to jest mój teść, więc nie było wielkich podchodów (śmiech). Spytaliśmy, czy napisze orkiestracje, zgodził się i gramy!

NZ: Jedna z waszych piosenek, „Bedlam boys”, jest o osobach chorych psychicznie. Dość trudny temat.
MR: To jest bardzo stara piosenka, ma kilkaset lat. Opowiada o pacjencie szpitala St. Betlehem w Londynie, który istnieje do dzisiaj. Zasłynął tym, że bardzo dużo ludzi przyjeżdżało oglądać pacjentów w szpitalu płacąc za to pieniądze, dzięki czemu szpital generował rocznie ogromne dochody. W tamtych czasach w takich placówkach przebywali również bezdomni czy prostytutki, a ludzi umysłowo chorych podejrzewam, było najmniej. Teledysk, nakręcony przez nas niedawno do „Bedlam boys”, jest zbudowany w oparciu o tę samą tematykę – cały zespół wciela się w role pacjentów zakładu psychiatrycznego. Wkrótce planujemy jego premierę w internecie. Na razie prezentujemy go przed koncertami na trasie promocyjnej – tylko dla oczy widzów, którzy przyjdą na nasze występy (śmiech).

NZ: Chyba było wesoło na planie?
MR: Bardzo wesoło i bardzo ciężko! Teledysk wyszedł dość brutalnie, mieliśmy mnóstwo siniaków. W pewnym momencie następuje pacyfikacja pacjentów przez pielęgniarzy, wyszło to chyba dość sugestywnie (śmiech)… Oczywiście, że była kupa śmiechu! Warto dodać, że po piętnastu latach zdecydowaliśmy się na fabularny teledysk, zazwyczaj kręciliśmy po prostu jak gramy.

NZ: Skąd ta zmiana?
MR: Po tak długim czasie chyba warto nakręcić teledysk fabularny z profecjonalną ekipą i dobrą reżyserką (śmiech).

NZ: Lepiej późno niż wcale (śmiech)?
MR: Właśnie! Pracy było od groma, trzy dni nagrań po 15 godzin. Ale efekt jest naprawdę fajny, jesteśmy zadowoleni. Nie możemy się doczekać aż klip trafi do sieci i jak ludzie go odbiorą…

NZ: Kiedy można się go spodziewać?
MR: Wkrótce. Premiera internetowa będzie na pewno po trasie koncertów, którą teraz gramy, więc pewnie nastąpi to po 24 marca.

NZ: Tematyka szpitala psychiatrycznego może wydawać się nieco kontrowersyjna. Czy jest jakaś tematyka, jakiej byś się nie podjął w piosence?
MR: Na pewno nie podjąłbym się śpiewania piosenek o polityce i o tym wszystkim, co się teraz dzieje. Nie chce mi się komentować rzeczywistości, wolę się udawać w bajkowe podróże do zamierzchłych czasów i budować fajny wizerunek świata w głowie, a nie ten, z którym mamy do czynienia na co dzień.

NZ: Tworzenie bajkowego świata jest misją dla muzyka?
MR: Generuję taki świat w swojej głowie, bo tak naprawdę tylko na to mam wpływ. Staram się być osobą pozytywną i w ten sposób myśleć. Nie zagłębiam się za bardzo w telewizor czy wiadomości, bo to troszeczkę odbiera ten optymizm (śmiech).

NZ: Co w muzyce jest dla ciebie najważniejsze?
MR: Kilka rzeczy. Przede wszystkim jak gramy, z kim. Czy jest porządek, czy wszyscy o wszystkim wiedzą, czy wszystko jest pod kontrolą, czy się rozumiemy? Nie może być przypadku, wszystko musi być świadome. Musi się zgadzać intonacja, wszystko, ma być porządek. Dopiero wtedy można czuć się naprawdę swobodnie i pozwalać sobie na improwizacje. Wiąże się z tym dużo pracy indywidualnej, potem dużo wspólnych prób. Każdy musi znać partie swojego kolegi, żeby się orientować w całości i znaleźć swoje miejsce. W graniu akustycznym zakres grania jest ogromny, zarówno artykulacyjnie jak i dynamicznie. Potrzeba to wszystko zgrabnie ogarnąć, żeby zrobiło wrażenie na słuchaczu.

NZ: Jak powstała okładka na waszą płytę?
MR: To jest okładka autorstwa Jarka Gacha, mojego kolegi jeszcze z czasów liceum! Jarek jest profesjonalnym rysownikiem komiksów i nie tylko… Postanowiliśmy, że nie będziemy robić fotografii do nowego albumu, tylko zdamy się na Jarka, który nas pięknie narysował, dzięki temu zrobiło się poligraficznie bardzo fajne wydawnictwo.

NZ: Czego wam życzyć?
MR: Połamania wszystkich smyczków, fletów i żeby ta płyta okazała się przyjemna dla słuchaczy! Oczywiście, robimy to też po to, żeby połechtać swoje własne gusta, ale głównie myślimy o tym, jak ludzie odbiorą naszą twórczość. Jest to płyta inna niż wszystkie z uwagi na to, że na dwanaście utworów jest tam aż osiem piosenek! Do tej pory graliśmy instrumentalne suity, które miały przeważnie osiem minut. To było w sam raz, żeby wyrazić swoje emocje, pomysł na muzykę. Tymczasem piosenki mające 3-4 minuty… Jestem nimi zaskoczony (śmiech).

NZ: Stosunkowo krótkie!
MR: Miłe do słuchania, mam nadzieję! Osiem piosenek, każde z nas śpiewa minimum po dwie…

NZ: Jest też a’capella…
MR: Śpiewa ją nasz irlandzki gitarzysta i wokalista Oisin z Marysią. „Stick to the cratur” opowiada o miłości do…alkoholu. A konkretnie o whisky i o tym, że bez niej nic nie może się wydarzyć. Jest to dość zabawna piosenka, polecam (śmiech)! W dodatku tekst daje obraz poczucia humoru Irlandczyków. W tych kilku zwrotkach zawiera się cała charakterystyczna postawa tego narodu: co jest ważne, co mniej, a co najważniejsze.

NZ: W kilku słowach jak byś opisał płytę, zachęcił naszych czytelników do kupna?
MR: Jest to propozycja zespołu Shannon po trzyletniej przerwie od ostatniej płyty. Troszeczkę rozbuchaliśmy się w kierunku muzyki akustycznej i zaczęliśmy dużo śpiewać. Przede wszystkim płyta jest wydana z naszym irlandzkim przyjacielem, Oisin jest w zespole już od trzech lat.

NZ: Stajecie się całkowicie zespołem irlandzkim (śmiech)!
MR: Teraz można powiedzieć, że jest to zespół prawie-irlandzki (śmiech)!

NZ: Dziękuję za rozmowę!
MR: Również dziękuję!

Dodaj komentarz

  Bądź na bieżąco  
Powiadom o