Ania Szarmach – kobieta drobnej postury z ogromnym głosem. Dzięki talentowi i nadwrażliwości swoją muzyką przenosi w inny świat. W wywiadzie dla Muzykoholików opowiedziała m.in. o nagraniach na łonie przyrody i współpracy ze swoim idolem.

Ania Szarmach

Natalia Zakolska: Wydałaś bardzo światową płytę…
Ania Szarmach: Bardzo mi miło. Być może dotarłam właśnie do miejsca, w którym czuję, że ten album to moja skóra. Identyfikuję się rzecz jasna ze wszystkimi poprzednimi albumami, napisałam przecież te wszystkie piosenki, jednak podczas pracy nad „Shades of Love” byłam otwarta na kompromis, chciałam sama się zmienić. Nie zdarzało mi się to wcześniej, aranżacje były mocno przeze mnie kontrolowane, a harmonia i melodia nigdy nie zmieniana. Pozostawała zazwyczaj taka jak ją napisałam. Teraz jakoś naturalnie chciałam być pod wpływem współproducentów. Chciałam pokochać inny sposób myślenia i tak się stało, że Grzegorz „Jabco” Jabłoński i Maciek „Envee” Goliński mieli na mnie największy wpływ.

NZ: Jak się z nimi współpracowało?
ASz: Wspaniale. To są wielkie osobowości, świetni muzycy z wyobraźnią, genialnymi pomysłami. Jabco, z którym współpracuję od dawna, nie przestaje mnie zaskakiwać. Do tego jest chłonny na moją stymulację i ma miliard pomysłów. To wybitne połączenie intelektu – również muzycznego i wielkiego talentu. Uwielbiam go oraz jestem mu wdzięczna, że płynie w muzyce. Envee jest muzykiem, który zna chyba wszystkie płyty na świecie! Pozostaje pod wpływem całego mnóstwa stylistyk – jazzu, hip-hopu, muzyki filmowej. Jego wyobraźnia wykracza nierzadko poza normy dźwiękowo – techniczne, co daje możliwość budowania nowej koncepcji i oderwania się od klasycznego podejścia. Dzieliliśmy się pomysłami. Mamy różne skojarzenia, a pod wpływem tworzonych aranżacji malowały się nam się przed oczami obrazy. Ta hybryda – Jabco, Envee i ja to świetny team producencki! Bardzo dobrze się dobraliśmy i mimo, że zdarzały się starcia to dla nas wszystkich najważniejsza była muzyka i jej dobro.

NZ: Podobno niektóre elementy płyty nagrywaliście w terenie…
ASz: Zgadza się. Envee zna chyba wszystkie zakamarki Warszawy. Zaprowadził nas w pewne ciekawe miejsca. Jak się idzie z Saskiej Kępy nad Wisłę, jest takie przejście przez tunel, w którym jest nieprawdopodobny pogłos, a nad którym dodatkowo przebiega trasa i słychać szum samochodów. Wybraliśmy się tam pewnej nocy z Markiem Borettim, który jest też kolejną – najważniejszą osobą w naszej drużynie. Sprawował pieczę nad językiem angielskim. W tym tunelu nagrywaliśmy mój głos oraz rejestrowaliśmy też Marka, który ma przepiękny głos. Czytał fragment poezji. Dotarliśmy też nad Wisłę, gdzie przy ognisku trwała impreza ponad dwudziestoosobowej grupy ludzi. Zapytaliśmy, czy możemy nagrać Marka przy ognisku… Gdy wszyscy zamilkli wydzieliła się piękna energia!

NZ: Nagrywaliście też w Parku Skaryszewskim.
ASz: I też była to poezja czytana przez Marka! Udało się połączyć muzykę i istotną dla nas wszystkich filozofię miłości z przyrodą, z miastem i dźwiękami natury, życia. Chcieliśmy uzyskać organiczny, prawdziwy i naturalny efekt brzmienia całej płyty. Myślę, że to się udało.

NZ: Skąd pomysł na czytane, recytowane fragmenty?
ASz: Przyszło mi to do głowy zupełnie naturalnie. Pomyślałam, że można by wrzucić jakiś dodatkowy przekaz do piosenki „Shades of Love”. Potem pomyślałam o poezji. Bardzo długo szukałam odpowiedniego fragmentu, aż moja przyjaciółka Marta – specjalistka od poezji anglojęzycznej pokazała mi piękny wiersz Margaret Atwood – Variations Of The Word Love – prosty ale piękny i z uniwersalną esencją miłości pasującej do całego klimatu piosenki.

NZ: Miłość ma dużo odcieni?
ASz: Miłość ma niekończącą się ilość odcieni, kolorów i barw! Moim szczęściem jest to, że cały czas odkrywam te barwy. Staram się być otwarta i nie żałuję, że bywam naiwna. Naiwność czasem powoduje rany ale z drugiej strony bez naiwności wielu rzeczy bym się nie nauczyła i wielu rzeczy nie dałby mi świat. Myślę, że w dzisiejszych czasach miłość jest najważniejsza. Brakuje jej na świecie, bolą mnie dobiegające ze świata wieści, jestem załamana nienawiścią, która swoje źródło ma w człowieku. Nie przyjmuję tego do wiadomości… A jesteśmy tutaj tylko przez chwilę!
Na całe szczęście jestem artystą. Mogę śpiewać, pisać i krzyczeć o miłości. Mam ku temu narzędzia, ale i wielką chęć mówienia o tym. Miłość buduje. Dzięki niej piękniej, praktyczniej i lepiej się żyje, a poza tym wszystko się udaje. Bez miłości jest po prostu bez sensu. Miłość jest podstawą wszelkiego działania, motorem i stymulacją.

NZ: Co było dla ciebie największą lekcją?
ASz: Wiem już, że jestem narzędziem w rękach muzyki. Służę jej i chcę to robić cały czas.Wiem też, że po to się urodziłam. Muzyka dała mi siłę.
W liceum byłam dziewczyną z włosami do pasa, nosiłam je najczęściej na twarzy, żeby ją zasłonić. Okulary w ciemnych oprawkach, i czarne długie swetry. Trudno też było się ze mną dogadać gdyż nie umiałam rozmawiać i chyba też robiłam to niechętnie. W ten sposób chroniłam swoją nadwrażliwość, której się bardzo wstydziłam. A dzisiaj wiem, że bez niej nie mogłabym śpiewać, pisać tekstów i pobudzać swej wyobraźni, która jest niezbędna w muzyce. Muzyka dała mi siłę do ochrony tej nadwrażliwości. Cały czas wystawiam się na próby i mimo, że czasami dostaję cięgi to jednak cały czas się też uczę i zabijam strach. Gdybym była zimna i nieczuła, mogłabym być robotem, a nie muzykiem (śmiech)!
Quincy Jones powiedział kiedyś takie piękne zdanie, że jak masz rozpostarte ramiona i idziesz przez życie z otwartym sercem i głową, możliwe, że życie cię pokaleczy i dostaniesz baty, lecz jeśli będziesz skulony, to nic cię nie zrani, ale też i niczego nie przyjmiesz i się nie nauczysz. Dlatego wyznaję zasadę, że jak mi się coś stanie to trudno, ale to jest lepsze od… Już nie muszę nic mówić (śmiech).

NZ: Jest o tym jedna z twoich piosenek, „Ja chcę tylko śpiewać”.
ASz: Dokładnie. Chcę tylko tego. Grać koncerty, śpiewać dla ludzi, pisać piosenki i nagrywać je. Ale przy tym chcę być wrażliwa na to, co dotyczy nie tylko mnie samej, ale i tego, co dzieje się dookoła. Jeśli, jako artysta, mogę być transparentem głoszącym pozytyw – będę to robić bo czuję się na siłach.
A muzyka jest międzynarodowym językiem. Dzięki dźwiękom wszyscy się rozumiemy i możemy unosić się w nienamacalnej przestrzeni, która ma być może większe pole rażenia od języka mówionego czy szeroko pojętej komunikacji.

NZ: Od zawsze wiedziałaś, że chcesz śpiewać?
ASz: Tak, chociaż odkryłam to dopiero niedawno (śmiech). Wywiady są doskonałą okazją do analizy samej siebie. Zaczęło się od mojej babci, która prowadzała mnie do pianina, gdy miałam 4 lata. Grając przypadkowe dźwięki, o których nie miałam zielonego pojęcia, od razu zauważyłam że jest w nich niezwykła moc. Niedawno pewien dziennikarz powiedział mi, że dotarł do mojej koleżanki z dzieciństwa. Ona ma list, który napisałam do niej mając 9 lat. Napisałam w nim, że jak będę duża, zostanę piosenkarką!!!

NZ: I wydajesz płytę za płytą! Jak doszło do twojej współpracy z Adamem Bałdychem czy Marcinem Wasilewskim? W świecie muzyki są to duże nazwiska…
ASz: Z Adamem znamy sie od lat. Jego charyzma jest obezwładniająca. Zaprosiłam go na płytę „Inna“ do piosenek „Tęsknota“ i „Kim jesteś“. Cały czas sobie kibicujemy i wspaniale jest patrzeć jak Adam się rozwija pozostając przy tym skromnym człowiekiem. Dwustronna inspiracja jest największą siłą w muzyce. Z entuzjazmem przyjął zaproszenie na płytę. Podobnie Marcin Wasilewski. W balladze „Gdzie jest ta miłość” mógł zagrać tylko Marcin i nikt inny. Jego słowiańska dusza to skarb! Gra tak pięknie i jednocześnie tak naturalnie, i w dodatku ma w sobie tyle pokory. Marcin jest genialny! A jego udział w N.G.S. był całkowicie spontaniczny. Nagrywaliśmy balladę, po czym pod koniec sesji przyszedł Jabco, Żaczek i Lutek. Zaczęli słuchać tego, co zrobiliśmy po czym zaproponowali, aby Marcin zagrał solo do innej piosenki, które wcześniej nagrał Jabco. Świetnie podszedł do tego sam Grzegorz (Jabco) – i za to też go cenię. Zrzekł się swojej solówki – zrezygnował z niej bo chciał aby zagrał ją Marcin. A muszę nadmienić, że solo Jabca było wyśmienite! Zostało wykasowane i pojawiła się w tym miejscu muzyka Marcina…
Zawsze pragnę otaczać się takimi muzykami, którzy swoje ego chowają do kieszeni, a zastępuje je dobro muzyki. I nie chodzi o żadne poświęcenie tylko o naturalne podejście..

NZ: Jak to się stało, że na „Shades of Love” są w większości piosenki anglojęzyczne i tylko jeden utwór po polsku?
ASz: Pierwszą piosenką, która powstała na płytę było „Rolling Stones”. Duet z Frankiem McCombem. Cieżko byłoby go przekonać do śpiewania po polsku (śmiech). Kilka piosenek miało już swoje polskie teksty. Lecz w studio zdecydowaliśmy, że album będzie po angielsku. To cieplejszy język, miękki, pasujący do tej muzyki. A poza tym podczas kilku moich koncertów zdarzyła się ciekawa sytuacja. Pewnego razu, chyba w Szczecinie, w klubie, podczas poprzedniej trasy z Frankiem McCombem supportował nas pewien zespół z Londynu. Podczas mojego koncertu siedzieli przy stoliku naprzeciwko sceny, nagrywali cały mój koncert telefonem. W pewnym momencie zaprosili do stolika dziewczynę, która tłumaczyła im wszystkie piosenki, które śpiewałam po polsku!

NZ: Miała co robić!
ASz: Na festiwalu gospel w Gniewie spotkałam wokalistówi i chórzystów, którzy podobnie nagrywali całą moją próbę i gdy zeszłam ze sceny pytali, o czym są teksty. Pomyślałam, że fantastycznie byłoby nagrać płytę uniwersalną, zrozumiałą dla wszystkich, także dla ludzi spoza Polski.

NZ: Wśród inspiracji na swojej stronie wymieniasz między innymi Palo Santo.
ASz: Palo Santo to rodzaj kadzidła. To kawałek drewienka, które sobie podpalaliśmy podczas kawy około 9:30 rano każdego dnia. Według rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej zapach Palo Santo ma właściwości oczyszczające umysł, sprzyjające medytacji i zwiększające przepływ energii. Okadza się nim mieszkania czy pomieszczenia aby chronić je przed „złą energią”. Zapach Palo Santo wpływa kojąco na zmysły, znosi napięcie i harmonizuje ciało, jest niezwykle przyjemny! Żywica Palo Santo posiada szereg właściwości prozdrowotnych – działa antyseptycznie i przeciwzapalnie. Jego nazwa oznacza Święty Pień ze względu na właściwości właśnie lecznicze, które przypisywała mu rdzenna ludność.
Ciekawostką jest, że drzewo, z którego wyrabiane jest Palo Santo musi leżeć przez pięć lat. Dopiero wtedy uzyskuje właściwy zapach i właściwości. Dzięki temu było mało złej energii. Była miłość!!!

NZ: Artystą, z którym też od dawna współpracujesz jest wspomniany już Frank McComb. Podobno znalazł cię w Internecie. Wiedziałaś wcześniej o jego istnieniu?
ASz: Byłam fanką Franka. Byłam w czwartej klasie szkoły średniej, kiedy usłyszałam „Another day”. Buty mi spadły. Internet jeszcze nie funkcjonował tak, jak w dzisiejszych czasach. Nie wiedziałam skąd się wziął i szukałam go bardzo długo. Na studiach, na które wyjechałam kilka miesięcy potem okazało się, że Buckshot Lefonque i Franka McComba słuchali wszyscy. Kiedy wydał album „Love stories” oszalałam! Słuchałam jej dzień i noc. Studiowałam kompozycje , harmonie aranże, brzmienie instrumentów, wokal. Jak nagrywałam pierwszy album „Love Stories“ była naszą płytą referencyjną – porównywaliśmy szerokość brzmienia, pasma… Jabco, który leciał jakoś w tym czasie do Stanów przywiózł mi koszulkę i czapeczkę z nazwiskiem i logo Franka McComba. Pewnego razu w programie telewizyjnym grałam na fortepianie i śpiewałam swoją piosenkę no i akurat miałam na sobie tę koszulkę.

NZ: I Frank to zobaczył?
ASz: Tak, zobaczył to w necie. Jakiś czas temu dostałam maila, że Frank McComb mnie szuka i chce się ze mną skontaktować (śmiech). Oniemiałam w pierwszej chwili ale wyrzuciłam tego maila do kosza bo pomyślałam, że to spam. Dwadzieścia minut później zadzwonił mój brat mówiąc: „Usiądź, bo zaraz padniesz, zadzwoniła do mnie managerka Franka na Europę, szuka cię, chce z tobą kontaktu”. Syndrom wyparcia minął. Skontaktowaliśmy się ze sobą, zaprosiłam go do Polski. Dostałam wszystkie jego płyty, które już wcześniej miałam (śmiech). Znalazłam nawet jego wpisy na Twitterze, w których mnie szukał! Zagraliśmy wspólnie kilka tras koncertowych i od samego początku wiedzieliśmy, że musimy też razem coś nagrać.

NZ: Dobraliście się muzycznie?
ASz: Oboje jesteśmy artystami niezależnymi. Każde z nas jest sobie sterem i okrętem. Wszystko nam się zgadza. Połączyła nas muzyka i podejście do niej. Nasze drogi musiały się przeciąć. O tym też jest piosenka „Rolling Stones”.

NZ: Odniosłaś ogromny sukces jako artystka niezależna. Czy trudno jest być niezależnym w świecie, gdzie show-biznes rządzi się swoimi prawami?
ASz: Nie jest łatwo, ale gdyby tak było, czy byłoby tak przyjemnie?

NZ: Czujesz się spełniona?
ASz: Czuję, że się spełniam. Jeszcze nie postawiłam kropki i nie chcę jej stawiać. Idę cały czas przez muzykę. Wiem, że mam jeszcze dużo do zrobienia. Codziennie muszę ćwiczyć, śpiewać, grać i uczyć się. Jestem w muzyce zakochana i to mnie motywuje. A towarzyszące mi poczucie odpowiedzialności za swoje słowa na przykład podczas naszej rozmowy powoduje, że jestem temu wierna. Chcę tego. Gram koncerty, rozmawiam z publicznością, jestem coachem wokalnym. Dzięki wszystkim aktywnościom muzycznym stawiam sobie poprzeczki. Chcę się rozwijać. Mam pomysły, które bardzo chcę realizować, bo w nie wierzę. Muzycy, z którymi współpracuję, utwierdzają mnie w przekonaniu, że to, co robię, jest dla nich ważne. To dla mnie nie tylko support, lecz potwierdzenie, że to ma wartość.

NZ: Miewałaś chwile zwątpienia w swoją drogę muzyczną?
ASz: Cały czas miewam. Ale już tak zabrnęłam, że nie ma odwrotu (śmiech)! Nie chcę się odwracać. Jestem człowiekiem, który ma swoje słabości lecz bez pokonywania ich stanę w miejscu. A przecież nie chcę stać, chcę iść do przodu. Jestem tylko człowiekiem, popełniam błędy, spotykają mnie różne rzeczy, sytuacje. A bycie niezależnym jest moją drogą. Codziennie walczę o moją muzykę, ale dzięki temu czuję, że żyję.

NZ: Czego ci życzyć na zakończenie?
ASz: Wiary, pokory i siły.

NZ: I tego ci życzę! Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz

wpDiscuz