Druga połowa Czad Festiwalu nie rozczarowała za sprawą największej gwiazdy jaką okazał się Sabaton. Było baaardzo gorąco i to nie tylko za sprawą pogody, która sama w sobie dodawała 30 stopni Celsjusza. Przeczytajcie dalszą część naszej relacji z koncertów.

DZIEŃ III

Sobotnią atmosferę rozbujały Rozbujane Betoniary, po których na scenie głównej po raz pierwszy w Polsce miał okazję wystąpić brytyjski zespół Neonfly. Rockowo-metalowe brzmienia w azteckiej oprawie przypadły do gustu polskiej publiczności. Wokalista Willy Norton był bardzo wdzięczny za zaproszenie na Czad Festiwal i zapowiedział, że na pewno jeszcze do nas wrócą. Chłopaki zaprezentowali sporo utworów ze swojej drugiej płyty „Strangers in Paradise”, a na „Highways to nowhere” zapłonął pierwszy na tym festiwalu prawdziwy ogień. Neonfly prezentuje się bardzo malowniczo na scenie. Pióra, ogień, metrowe dredy i szalejący gitarzyści. Polecam zapoznać się z twórczością tego zespołu. Myślę, że za jakiś czas będą w stanie zrobić na prawdę spore show.

W czasie przepinki na dużej scenie, mała została opanowana przez polski zespół Pull The Wire. Problemy z dźwiękiem na pierwszych utworach nie popsuły humorów chłopakom i dali niezły punk-rockowy koncert promujący ich płytę „W Polsce jest ogień!”. Oprócz obecnego wokalisty Łukasza Sochowskiego na scenie pojawił się na dwie piosenki przyszły wokalista Pyza. Publiczność na bawiła się dość mocno, co przyniosło skutek w postaci złamania nogi przez jednego z fanów. Jednak jak wieść gminna niesie nie jest aż tak źle, bo przecież wiadomo że muzyka leczy.

Kolejną gwiazdą byli The Dreadnoughts. Widać było że punk-folkowe brzmienie z Kanady inspirowane słowiańską i celtycką muzyką ma w naszym kraju już oddane grono fanów. Zespół dał świetny, energetyczny występ, w którym pierwsze skrzypce (oprócz skrzypiec oczywiście) zagrała mandolina. Wizualnie bowiem cały show kradnie Drew Sexsmith znany jako Dread Pirate Druzil szalejący po całej scenie właśnie z mandoliną.

„Nie ma lipy!”. Tego stwierdzenia nie można użyć w dosłownym rozumieniu w stosunku do Czad Festiwalu, bo Tomasza „Lipę” Lipnickiego mogliśmy zobaczyć na scenie dwukrotnie. Najpierw na sobotnim koncercie zespołu Lipali, a w niedzielę na zdecydowanie bardziej ciężkim graniu z zespołem Illusion. Oba wydarzenia były warte zobaczenia, a i oba oblicza Lipy – trochę łagodniejsze w Lipali oraz ciężkie w Illusion ma porównywalną liczbę zwolenników. Nie było więc wrażenia muzycznego deja vu. Chociaż ja osobiście bardziej lubię tę bardziej hard core-ową wersję Lipy chociażby z utworu „Nóż”.

Gwiazdą tego wieczoru jak dla mnie został zespół Avantasia. Do lidera tego zespołu Tobiasa Sammeta mam słabość od czasów mojej licealnej miłości do jego powermetalowej wersji w Edguy-u. Tym razem miałam okazję zobaczyć go w innej stylistyce z zespołem Avantasia, który po raz pierwszy odwiedził nasz kraj w ramach dużej trasy koncertowej Ghostlights World Tour 2016. Ponad półtorej godziny symfonicznego metalu było świetnym przeżyciem, tym bardziej że obfitował w udział gości takich jak Michael Kiske (Helloween), Bob Catley (Magnum) czy totalnie szalony i charyzmatyczny Ronnie Atkins (Pretty Minds). Wystrój sceny rodem z upiora w operze dodał smaczku całemu występowi, choć brakło mi odrobinę wizualizacji. W subiektywnej ocenie to drugi najlepszy koncert na tegorocznym Czad Festiwalu, który szczególnie pod względem muzycznym był totalnie warty zobaczenia.

Sobotni wieczór zamknął szkocki punkowy zespół The Exploited. Nie dotrwałam niestety do ich występu (i chyba się z tego cieszę). Z relacji widzów mogę powiedzieć, że było ostro… do tego stopnia, że organizatorzy odcięli zespołowi prąd po problemach z ochroną oraz tym jak jeden z fanów wbiegł na scenę…

DZIEŃ IV

Niedziela była bardzo polskim dniem na Czad Festiwalu. Oprócz wspomnianego już wcześniej koncertu Illusion zagrali również Perfect i Mela Koteluk. Weterani na polskiej scenie muzycznej, bo zespół Perfect istnieje już prawie czterdzieści lat, zagrali kilka hitów takich jak „Autobiografia”, „Idź precz”, „Kochaj mnie” czy „Niepokonani”, których grzechem jest nie znać w tym kraju. Oczywiście publiczność przyjęła je z sentymentem i chętnie włączyła się do wspólnego śpiewania. Poza nimi pojawiło się sporo spokojnych kawałków pełnych instrumentalnych partii przez co cały koncert zdawał się trochę dłużyć. Widać również, że sam Grzegorz Markowski nie jest już tak pełny werwy jak jeszcze kilka lat temu. Także „czadu” może nie było, ale i tak Panowie jesteście Niepokonani.

Mela Koteluk zaczarowała publiczność pod małą sceną. Delikatna, eteryczna wokalistka, dysponująca przepięknym głosem stworzyła ciepłą, intymną atmosferę, jakby odcinając publiczność od głośnego festiwalowego otoczenia. „Żurawie orgiami”, „Migracje”, „Melodia ulotna”, „Stale płynne” czy spokojniejsza niż w wersji albumowej piosenka „Działać bez działania” zahipnotyzowały słuchaczy. Koncert Meli był najbardziej magicznym wydarzeniem w trakcie trwania Czad Festiwalu. Choć szczerze mówiąc znalazłabym zdecydowanie więcej innych przymiotników niż „czadowy”, które lepiej określiłyby twórczość Meli Koteluk.

I tu dochodzimy do gwoździa programu całego festiwalu, a raczej powinnam napisać młotka… Kapeli, którą lubię choć nie miałam okazji zobaczyć ich wcześniej na żywo, a która wbiła mnie w ziemię jak szarża polskiej husarii wbiła w ziemię tureckie oddziały pod Wiedniem (metafora nieprzypadkowa, ale o tym za chwilę). Sabaton… Sabaton! Sabaton! Sabaton! skandował tłum fanów zgromadzony pod sceną. I dostali to na co czekali. Koncert fenomenalny, pełen potężnych uderzeń, obfitujący w ogień i efekty pirotechniczne. Heavy metalowe epickie opowieści o bohaterach ubrane w mocne gitarowe riffy i tętniącą perkusję, a opowiadane przez wojennego barda Joakima Brodéna. Sabaton zaprezentował pojedyncze utwory praktycznie z całego przekroju swojej działalności. Nie zabrakło m.in.: „40:1”, „Carolus Rex”, „Primo Victoria” czy „In the Army Now”. Pojawiły się również utwory z wydanej dwa tygodnie temu najnowszej płyty „The Last Stand” takie jak „Sparta” czy „Shiroyama”. Ukłonem w stronę polskiej publiczności było również pierwsze koncertowe wykonanie „Winged Hussars” (pieśni opowiadającej o bitwie pod Wiedniem), której jak powiedział Joakim „nie moglibyśmy zagrać po raz pierwszy nigdzie indziej”. Cały koncert przebiegał w fantastycznej atmosferze, publika żywo reagowała na komentarze wokalisty. Było sporo śmiechu gdy Brodén dostał od publiczności plastikowe okulary i wełniane, kolorowe poncho. Żal było kończyć tak dobre wydarzenie. Sabaton obiecał, że wróci już niedługo, bo chłopaki nie wyobrażają sobie trasy koncertowej, która nie zahaczałaby o Polskę. Fani byli w doskonałych nastrojach i usatysfakcjonowani.

Na zamknięcie imprezy zagrały jeszcze dwa zespoły. Che Sudaka czyli argentyńsko-kolumbijski kolektyw założony w Barcelonie, a grający połączenie punk, reggae  i szeroko pojętej muzyki świata z mocno latynowskimi akcentami. Duża doza energii zamknięta w czterech niepozornych facetach, która świetnie wpływa na nastrój. Festiwal zamknął koncert reggae włoskiego multiinstrumentalisty Alberto D’Ascola (Alborosie).

Były wakacje, była muzyka, była zabawa po prostu był Czad Festiwal. Bardzo dziękujemy za możliwość uczestnictwa w tym fajnym wydarzeniu i mamy nadzieję do zobaczenia za rok!

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz

wpDiscuz