Perkusista, a zarazem lider warszawskiego zespołu rockowego „Love De Vice”. Grupa niedawno wydała płytę, niewiele potem z formacji odszedł wokalista. O funkcjonowaniu zespołu, muzyce i życiu – Tomasz Kudelski.

Natalia Zakolska: W przyszłym roku 10-lecie istnienia zespołu. Szykujecie coś specjalnego z tej okazji?
Tomasz Kudelski: Jeszcze nie wiemy. W tej chwili jesteśmy zajęci promocją naszej ostatniej płyty i nie wybiegamy w przyszłość.

NZ: Nazwaliście album „Pills” czyli „tabletki”. Na okładce są one zawartością mózgu.
TK: Ten mózg dla każdego może symbolizować coś innego. Niewątpliwie ma on związek z tytułową piosenką, która jest pewną artystyczną refleksją nad tragicznymi zdarzeniami, które miały miejsce. Śpiewa ten utwór Kasia Granecka, te zdarzenia dotyczą jej koleżanki. Straciła życie na skutek kontaktu z pigułkami. Ten mózg oddaje pewną kondycję świata, w którym żyjemy. Nie chcę podpowiadać żadnych prostych rozwiązań interpretacyjnych. Każdy może posłuchać tych utworów i rozumieć je na swój sposób.

love-de-vice-pills

NZ: Kasia jest siostrą waszego wokalisty. Jak to się stało, że dopiero teraz pojawiła się na płycie?
TK: Nie było założenia od początku, że Kasia zaśpiewa tę piosenkę, początkowo miała nagrać tylko chórki. To, że zaśpiewała „Pills” było efektem chwili, która miała miejsce w studiu. To nie było planowane, po prostu się wydarzyło. Finalnie zostały zarejestrowane dwie wersje, z Pawłem i z Kasią. Długo zastanawialiśmy się nad wyborem wersji, różnią się. Ostatecznie wersja Kasi była na tyle frapująca, że zdecydowaliśmy się umieścić ją na płycie. Nagranie Pawła zostało w archiwach.

NZ: Często wam się zdarzają takie spontaniczne sytuacje?
TK: Zespół to nie matematyka, to emocje, zdarzenia i sytuacje, które żyją swoim życiem. W muzyce wielu rzeczy nie da się do końca zaplanować. Pewnie każdy coś planuje, ale tak naprawdę muzyka to żywa relacja między wykonującymi ją ludźmi. Często niektóre rzeczy powstają pod wpływem chwili i zostają nagrane. Wydaje mi się, że w każdym zespole jest pewna doza twórczej przypadkowości.

NZ: Zdarzały wam się twórcze, emocjonalne spięcia czy działacie jako połączona synergia?
TK: Zespół od początku działał w twórczym napięciu. Jesteśmy wypadkową składającą się z niekoniecznie spójnych osób i wizji. Wychowaliśmy się na pewnych gatunkach muzycznych, które wszyscy znamy, ale jest to tylko podstawa, na której każdy z nas buduje własne, trochę inne wyobrażenie o muzyce. Często miewaliśmy sytuacje twórczego konfliktu artystycznego, jak dane kompozycje mają wyglądać. On zawsze był i pewnie będzie dalej.

NZ: A potem tego wypadkowa to gotowe utwory na płycie.
TK: Tak, utwory na płycie są zawsze wynikiem wielu elementów. Nasza ostatnia płyta jest dziełem Pawła, naszym i naszego producenta, który miał duży wpływ na ostateczne aranżacje tych utworów. Są tam też zaproszeni goście, którzy zagrali na płycie, wiele osób było zaangażowane w proces nagrywania, realizacji albumu Masztal, Andrzej Karp oraz Marcin Gajko, który zmiksował płytę. Jej powstanie to proces grupowy, każda z tych osób miała swój twórczy wpływ na końcowe brzmienie. Patrząc na pierwsze wersje niektórych piosenek, i ostateczne wersje można dostrzec ich ewolucję .

NZ: Pewna rewolucja zdarzyła się całkiem niedawno. Paweł Granecki opuścił wasz zespół. Co się stało?
TK: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. To była decyzja Pawła, mogę jedynie domyślać się, czym była spowodowana. Nie jesteśmy celebrytami i chronimy autonomię, swoich decyzji.

NZ: Szukacie nowego wokalisty?
TK: Tak, nie będzie to pewnie łatwe. Paweł był z nami od początku i jest to jednak głos zespołu. Miał duży wpływ na komponowanie, był autorem tekstów i melodii. . Szukamy kogoś, kto go godnie zastąpi i liczymy, że to będzie dalej działać. Za sprawą niedawno wydanej płyty, jesteśmy w trudnej sytuacji. Niełatwo promować album w takim momencie, Nie mieliśmy wątpliwości, że będziemy kontynuować naszą muzyczną przygodę. Jesteśmy na etapie rozpoznania w boju kandydatów na wokalistę. Pawłowi życzymy jak najlepiej. Mam nadzieję, że w końcu zrealizuje swój wymarzony projekt, o którym myśli nie od dzisiaj.

NZ: Jak to się stało, że rockowy zespół postanowił wykorzystać smyczki i instrumenty dęte?
TK: Smyczki swoją istotną rolę odegrały już na poprzedniej płycie, gdzie swoje partie dogrywał z nami Michał Jelonek. Na „Pills” szukaliśmy pomysłu, wspólnej koncepcji aranżacyjnej. Próbowaliśmy różnych rozwiązań, różne opcje były „trenowane”. Okazało się, że te utwory dobrze odnajdują się w aranżacjach z akustycznym instrumentarium. Był to kierunek, w który poszliśmy świadomie. Chcieliśmy nagrać je w naturalny sposób z udziałem żywych ludzi (śmiech). Dzięki temu uzyskaliśmy brzmienie naturalne, a nie syntezatora. Patrząc na to z perspektywy kilku miesięcy od wydania albumu, utwory na tym zyskały. Połączenie surowości gitar ze smyczkami dało ciekawy efekt końcowy. Podobnie ma się kwestia z sekcją dętą, fajnie brzmi! Docelowo tak to zaprezentowaliśmy, a czy tak będzie dalej? To się okaże. Wszystko zależy od charakteru nowych kompozycji.

NZ: Niektóre z tych piosenek początkowo miały nosić inny tytuł. Szczególnie mnie zaintrygował tytuł „Flaki Peły”…
TK: To był tytuł roboczy „Ritual”. Tytuły robocze mają to do siebie, że są związane z emocjami dotyczącymi danego utworu. To są często zupełnie głupie tytuły skojarzenia (śmiech)! „Ritual” powstało na bazie riffu basowego naszego basisty, Roberta Pełki, „Peły”. Jest on osoba specyficzną o nieszablonowym wisielczym poczuciu humoru, posługuje się pseudonimem R.I.P   „rest in peace”, „a w tym wypadku „R. i P.”, to również czyli „Robert Pełka” (śmiech). Robert jest osobą o melancholijnej naturze. Roboczy tytuł „Flaki Peły” odpowiada nastawieniu Roberta do rzeczywistości i świata.

NZ: Lepiej tworzy się w melancholijnym nastroju czy radosnym, pełnym energii? Różne są teorie na ten temat.
TK: Nasza muzyka nie jest zbyt optymistyczna. Zarówno w kontekście muzyki, jak i tekstów pojawiają się określenia: „smutne”, „dołujące”. To nie zawsze jest prawda. Nie wchodzimy na takie wyżyny depresji, jakie miewa np. Nick Cave! Jednak mamy niewiele wesołych utworów. Takie dźwięki gramy i taka muzyka wychodzi spod naszych rąk (śmiech). Ten pozytywny aspekt jest mniej wyraźny, ale to jest rock, nie ma silenia się na pozę poety przeklętego. Kilku mężczyzn się ze sobą spotkało i efekt tego jest jaki jest. Nie ma w tym żadnej głębszej filozofii.

NZ: Część utworów została nagrana na niemal stuletniej gitarze.
TK: Tak, jest to gitara national z 1919 roku. Dziadek Pawła, który też był muzykiem, dostał tę gitarę w prezencie od Ambasadora Stanów Zjednoczonych w okresie międzywojennym. Cała jest stalowa, ma ciekawe brzmienie i postanowiliśmy je wykorzystać. Ma trochę wschodni klimat. Korzystaliśmy już też z hinduskich instrumentów, fajnie czasami urozmaicić muzykę nietypowymi brzmieniami.

NZ: Zawód muzyka kojarzy się rozrywkowo, prawnik zaś statecznie. Jak udaje się połączyć ze sobą te dziedziny?
TK: Nie wykonujemy zawodu muzyka, tworzymy muzykę, zespół, ale chyba nikt nie traktuje tego w charakterze zawodu. To raczej pewna forma artystycznej ekspresji, nie tworzymy, by żyć z tego. Wszystkie osoby w zespole wykonują zawody bez związku z branżą muzyczną. Muzyka nie definiuje nas w stu procentach. Ma to swoje dobre i złe strony.

NZ: Jakie?
TK: Dobra jest niezależność polegająca na tym, że nie mamy j konieczności utrzymywania się z muzyki. Muzyk zawodowy musi z gry, czerpać środki do życia. My nie mamy ciśnienia, że nasza muzyka musi się sprzedać. My nic nie musimy. Z drugiej strony możemy poświęcić muzyce znacznie mniej czasu, niż byśmy chcieli.

NZ: Jak w takim razie udaje wam się zgrać kilka kalendarzy?
TK: Nie jest to proste. W zasadzie jest to najtrudniejsze (śmiech). Bywa, że w pełnym składzie nie widzimy się czasami nawet kilka miesięcy. W związku z tym próby, koncerty czy wydanie płyty to ciężka praca organizacyjna, logistyczna. Na szczęście co jakiś czas nam się ta sztuka udaje!

NZ: Znajomość prawa przydaje się w funkcjonowaniu w branży muzycznej?
TK: Nie, wszyscy się nas boją (śmiech).

NZ: Dlaczego?
TK: Przy negocjowaniu umów podchodzi się do nas na zasadzie „przyszli prawnicy”. Nie przeszkadza nam to, ale żeby pomagało? Raczej nie. Jest tez takie przysłowie szefc bez butów chodzi…

NZ: Zaskakuje ludzi ta dwoistość?
TK: Pewnie tak, chociaż nie jest to zupełnie nienormalna sytuacja (śmiech). Ciężko utrzymać się tylko z grania, przez co wielu ludzi wykonuje różne zawody. Nie jest to niczym nadzwyczajnym. Realizacja muzycznej pasji wynika z twórczych aspiracji i to tak naprawdę bardzo egoistyczna pobudka. To zaspokaja jakiś nasz głód, daje nam cel, dodatkowy sens.

NZ: Czego wam życzyć?
TK: Dalszych sukcesów, żeby zespół trwał kolejnych 10 lat.

NZ: I tego wam życzę! Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "[WYWIAD] Tomasz Kudelski: „Muzyka to żywa relacja między wykonującymi ją ludźmi”"

Dodaj komentarz

Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
taki
Gość

brakuje mi Robura i jego brzmienia

wpDiscuz