Co w muzyce popularnej liczy się najbardziej? Odpowiedź zawiera się już w pytaniu. Musi być ona przede wszystkim popularna, bynajmniej nie z nazwy. Popularna wśród ludzi, czyli potencjalnych klientów sklepów muzycznych. Zznana wielu, szeroko rozpowszechniona i najlepiej dla wszystkich przystępna, czyli czésto z odmienności odessana i jak najmocniej uśredniona. Sukces muzyki popularnej mierzony jest słupkami oglądalności teledysków, liczbą odtworzeń w Spotify, itd. itp.
Teraz pytanie, dlaczego muzyki nie kupujemy tylko i wyłącznie ze względu na jej wyraz artystyczny? Bo jesteśmy tylko ludźmi, a ludzie to niestety wzrokowcy. Oceniamy płyty jak książki, często po okładce.

Co więcej, nauczono nas, że płacimy nie tyle produkt, co całą historię do niego doklejoną. Dlatego tak chętnie sięgamy po gazety z trupem na pierwszej stronie. Nie kupujemy ich dla samego czytania, ale tylko i wyłącznie dla i przez historię opowiedzianą w środku.
Nie ma się, Drodzy Państwo, czego wstydzić. Największą klikalność na wszelkiego typu portalach mają newsy o upadłych gwiazdach, zdradach i rozwodach. Muzyków dzielimy nie na dobrych i kiepskich, a raczej takich, którzy są znani i alternatywni. I chociaż ten pierwszy powinien być jednym podziałem, jaki istnieje ciągle nie możemy wyjść z pudełka popkulturalnego myślenia. Nauczono nas kupować afery. Wolimy skandale dopisane do muzyki, od niej samej…

Dlatego od dawna mniej lub bardziej ugładzony skandal artystyczny był jednym z ważniejszych elementów popkultury. Jako jedna z pierwszych, Madonna zbudowała na nim całą swoją muzyczną karierę.

Niestety im więcej brawury i niekonwencjonalngo podejścia w prywatnym życiu muyzków tym mniej zaskakujacych brzymien. Skandal z warstw lirycznej i melodyjnej przeniósł się w rejon towarzyski, na ścianki i okładki magazynów.

Co więcej, w czasach pozornego kultu indywidualizmu, kiedy i tak przypominamy mentalne klony – ubrani w jednakowe ciuchy z sieciówek, pijemy tę samą kawę, też z sieciówki, czytamy te same debilne treści w internecie i mamy te same iPhone’y, którymi robimy fotki na Instagram, przykrywając wszystko filtrem wygładzającym, bo tak bardzo boimy się prawdy o sobie, kiedy na tych samych iPhonach w Rose Gold kolorze odtwarzamy muzykę wybraną dla nas przez kogoś, kto wie co się sprzedaje, bo zostało odpowiednio uśrednione; mało kto wie, kim jest autentyczny outsider.

Dziś kiedy, na rynku roi się od tysięcy mniej lub bardziej znanych wykonawców, każde wykroczenie poza uznaną normę może spowodować odwrócenie się publiczności. Nic więc dziwnego, że coraz większa ilość popowych i rockowych artystów grzecznie robi to, cego oczekują od nich słuchacze, robią medialny szum odsłaniając kolejne części ciała, komentują swoje życie prywatne, zamiast mieszać zaskakująco dźwięki i robić rewolucję w warstwie tekstowej swoich piosenek.

W tej sytuacji nowa płyta Ramony Rey, jest czymś wyjątkowo odważnym i odświeżającym. Mamy w jej przypadku do czynienia z prawdziwą skandalem artystycznzm – nie z prostackim podjudzaniem politycznym czy obrażaniem uczuć religijnych.

Umówmy się, artystka mogła sobie na to pozwolić głównie dlatego, że wydała „4” nakładem własnej wytwórni, kierując się jedynie własnym instynktem i potrzebą wyrażenia siebie w taki a nie inny sposób. Aspekt samego zarabiania na tym wydawnictwie zszedł daleko na drugi, lub kolejny plan…

Nawet jeśli wszystko to brzmi zbyt idealistycznie, piszę jak jest, proszę Państwa. Trudno mi inaczej potraktować zawartość „4”. W prównaniu do poprzednich albumów Ramony, ten najnowszy jest najmniej taneczny. Wraz z Igorem Czerniawskim Ramona serwuje nam mocno abstrakcyjną elektronikę przechodzącą od breakbeatu w „Dopiero”, do choćby trapu w „Rae Mo”. Sporo tu też etnicznych motywów bliskowschodniego pochodzenia („Wrona”)

Do tego sama Ramona, śpiewająca w jeszcze bardziej niekonwencjonalny sposób niż kiedyś. W warstwie wokalnej gęsto stosuje nieoczywiste interpretacje: szept („Kim być”), pohukiwanie („Dandan”) czy raperskie rymowanie („Zyskać”). Na szczęście piosenkarka nie rezygnując ze swojej maniery potrafi śpiewać w bardzie przystępny sposób niż to bywało na poprzednich krążkach. Teksty przyprawiają mnie samego o mózgotrysk zachwytu. Mimo że, nie skoncentrowane są na treści, a na brzmieniu i rytmie słów oraz tworzonych z nich zdań.

„4” jasno pokazuje, że Ramona Rey to PRAWDZIWY buntownik polskiej sceny muzycznej. Istne i TOTALNE indywiduum, w czasach, kiedy outsider jest do zrobienia w kilka godzin: idziemy do sklepu, kupujemy odpowiednią kurtę, najlepiej powycierana ramoneskę, dużą torbę, w stylu boho, do tego koszulę, koniecznie z dziurami, skórzane spodnie i jako wisienka na torcie buty, na których widać ślady przebytych kilometrów… W czasach, kiedy słowo buntownik jakże piękne i szczere w swojej istocie zostało absolutnie zdewaluowane, jest jak ściera, którą każdy się wyciera i używa, jak chce, ona jako jedna z niewielu zachowuje w swym buncie nienachalną AUTENTYCZNOŚĆ. Prawdziwi muzyczni buntownicy chyba gnieżdżą się gdzieś na prowincji, z daleka od wszystkiego, od tego bananowego zgiełku tysięcy rozmazanych makijaży. Z daleka od limuzyn, ścianek, na tle których pierdoli się kocopoły z setką obiektywów wlepionych w dekolt, metkę, udo, tyłek. Prawdziwy buntownik ma w dupie ilość lajków na Instagramie i zamiast sprzedawania rajstop swoim nazwiskiem – robi kawał dobrej muzyki, bo właśnie wtedy jest realny, jak Ramona! Brawo.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz

wpDiscuz