5 dni temu, 17 listopada, premierę miał najnowszy album MaRiny – „On my way”. Album jak na razie zbiera same pozytywne opinie, dlatego również i ja (dzięki uprzejmości managementu) postanowiłam Wam ją zrecenzować.


Choć za główny cel portale plotkarskie wzięły sobie przyćmienie kariery MaRiny poprzez znajomości dzięki sławnemu mężowi, ja z ciekawością wzięłam się za odsłuch płyty „On my way”. Bo przecież żadna niepochlebna opinia nie powinna nas zniechęcać bardziej niż nasza własna, szczególnie gdy nie dotyczy w ogóle twórczości artysty, prawda?

Pierwszy numer, otwierający album, jest dobry – zachęca do dalszego słuchania, co chyba najbardziej świadczy o jego wysokim poziomie. Wprowadza w nastrój, który obecny jest właściwie na całej płycie – trochę imprezowy, trochę klubowy, z nutką house’a i electropopu. MaRina doskonale utrzymuje ten klimat przez całe dziesięć utworów, pokazując przy okazji naprawdę dobry angielski, do którego nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Gdyby ktoś włączył mi płytę, nie mówiąc, kto ją stworzył, z pewnością odpowiedziałabym, że to jakaś zagraniczna piosenkarka.

 

Wydaje mi się, że płyta ta jest takim odcięciem się od przeszłości. Pokazuje zupełnie nową odsłonę artystki, która skupia się na tym, co robi – o dojrzałości tej płyty może świadczyć fakt, że nie jest ona typową muzyką puszczaną w rozgłośniach radiowych, a więc artystka nie robi jej pod publikę, tylko dla siebie, dla odważnych słuchaczy i w pewnym sensie wymagających czegoś innego, nowego.

Po pierwszym odsłuchaniu całego „On my way”, numerem który spodobał mi się najbardziej jest „Sin” – chyba najmocniejsze z całej dziesiątki, najciekawsze, mogłabym wręcz powiedzieć, że biją z niej największa pewność siebie i świadomość artystki. Dla porównania, w utworze „Flesh And Bone” możemy bardziej skupić się na słowach i głosie, tak samo jak w „How Dare You”.  I choć te numery, dla mnie znacznie się różnią, to nie brakuje im niczego – podkreślają jedynie dobry warsztat wokalistki na dwa, inne sposoby.

„Complete”, czyli ostatni numer na płycie, świetnie ją domyka. Uważam, że MaRina nie mogła wybrać lepszych kawałków na otwarcie i zamknięcie „On my way”. Właściwie, ciężko mi wybrać najsłabsze ogniwo z płyty. Być może mogłoby to być „I Do”, które nie do końca przypadło mi do gustu. Ale nie mogę powiedzieć, że jest to zły numer. Jest, po prostu, przeciętny w porównaniu do pozostałych znajdujących się na albumie, ale i tak przyjemny dla ucha.

 

Jako że to moje pierwsze, głębsze „spotkanie” z muzyką MaRiny, mogę z pewnością dać 8 na 10 gwiazdek. Myślę, że o tej płycie usłyszymy jeszcze nie raz, a niektóre z tych numerów na długo zagoszczą w klubach. Rzadko słucham polskiej muzyki w wykonaniu kobiet, dlatego tym bardziej jest to dla mnie miłe, pozytywne zaskoczenie. I choć rzadko słucham takich klimatów, myślę, że wrócę do „On my way”, bo MaRina wykonała kawał dobrej roboty. Sprawdźcie sami i dajcie znać, co sądzicie.


Zajrzyj po więcej:

MaRina na Facebooku

Strona WWW

Dodaj komentarz

  Bądź na bieżąco  
Powiadom o