Jaki jest? O czym marzy? Co Go inspiruje? Czy miewa jeszcze tremę oraz jakie ma plany na przyszłość? Odpowiedzi na te oraz inne pytania możecie znaleźć w mojej rozmowie z wyjątkowym Artystą – Modoxem.
————————————————————————————————————————-

-Kiedy postanowiłeś, że zostaniesz muzykiem/wokalistą?

Muzyka i scena towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Pierwszy raz przed publicznością zaśpiewałem jak miałem 4 lata z okazji Dnia Matki, w kościele w samym sercu Paryża. Nauczycielka, usłyszała przypadkiem na korytarzu, jak śpiewam piosenkę, do której szukała wykonawcy. Już wtedy występy i emocje z tym związane stały się dla mnie bardzo naturalne. Dzięki wsparciu moich rodziców od tamtej pory robię to co kocham. Świadomie podjąłem decyzję i zrozumiałem, że muzyka i śpiewanie są najważniejsze, gdy zrezygnowałem ze zdawania do Wrocławskiej Szkoły Teatralnej. Swoją decyzję postanowiłem zweryfikować w „Mam talent”. Chciałem sprawdzić, czy w wielkim świecie mam wystarczającą siłę przebicia oraz talent, żeby zaistnieć w tej branży.

-Czy był jakiś teledysk bądź koncert, który wywarł na Tobie szczególne wrażenie, ale jako na odbiorcy/widzu?

Mnóstwo (śmiech). Był to chociażby teledysk do „Like a prayer” Madonny za niesamowite sacrum -profanum “Justify My Love”, który jest ucieleśnieniem erotyzmu i kobiecej seksualności, BedTime Story, które jest majstersztykiem, jeśli chodzi o surrealizm i symbolikę. „Thriller” Michaela Jacksona za kostiumy i choreografię, teledyski Mylène Farmer Libertine i kontynuacja w Pourvu Quelles soient douces, które razem trwają pół godziny i zawierają wątki historyczne i filozoficzne na temat życia i śmierci. Rammstein miało również piękną klipo-grafię, filmową. Tu mogę nadmienić “Ohne Dich”, “Sonne” i “Du hast”, którego do dzisiaj się boję. Jest masa teledysków, które lubię: Christine and the Queens , Katy Perry, Die Antwoord, czy ostatnio odkrytą FKA, która jest na maksa pojechana!

Natomiast jeśli chodzi o polskie teledyski, to ostatnio na mnie zrobił wrażenie teledysk Ramony Rey do piosenki „Jak ty”, który jest czymś niespotykanym na polskim rynku. Uzupełniające się postaci bliźniaczek dobrej i złej, teledysk nasiąknięty erotyzmem, symboliką religijną i nutą niepokoju. Co to za teledysk!

Uwielbiam teledyski, w których coś się dzieje, które mają sporą dawkę surrealizmu i są wyjątkowe.

-A koncerty?

Bardzo duże wrażenie wywarł na mnie pierwszy koncert Kasi Nosowskiej z zespołem Hey wiele lat temu. Wyszła Kacha na scenę, stanęła przed mikrofonem i nie drgnęła praktycznie do końca, a dała tysiącom ludzi olbrzymią energię i emocje, fantastyczny performace. I jak można się domyślić, Madonna na Stadionie Narodowym. Miałem wrażenie, że widzę Boginię. Jest jedyną w swoim rodzaju ikoną. Jedną z ostatnich żyjących legend. Uwielbiam również koncerty Mylène oraz spektakle zachodnich artystów, które mają twist, piękne wizualizacje, scenografię i kostiumy. Co nie oznacza, że nie lubię kameralnych koncertów. Nie zapomnę koncertu gitarowego mojej przyjaciółki z licealnej ławki Ani, która nie grała, ale tworzyła magię i czarowała słuchaczy swoją wrażliwością.

-Jakie są Twoje największe muzyczne fascynacje?

Jak miałem kilka lat kochałem Abbę. Był to pierwszy zespół, na punkcie którego ześwirowałem. Oczywiście małej Natalki Kukulskiej też słuchałem! Następną fascynacją była francuską ikona Mylène Farmer. A później przez wiele lat Spice Girls. Moje serduszko ledwo dało sobie radę z tą miłością. We Francji był na nie istny szał.
W wieku 8-9 lat zafascynowałem się Madonną, erą „Ray of Light”, gdy powróciła w wielkim stylu. Uwielbiałem również Rammstein, Marilyn Mansona i po cichu słuchałem Tokio Hotel (śmiech) i byłem ogromnym fanem Dody za czasów “Szansy” i debiutanckiego albumu. Na pierwszym roku studiów zakochałem się na zabój w Nosowskiej – miłość trwa do dzisiaj. Zacząłem słuchać Manaamu, zauroczyłem się Ramoną Rey, Marysią Peszek, Roisin Murphy, a ostatnio Mery Spolsky czy Ariana Grande . Mogę tak wymieniać do jutra… (śmiech)

-Czy poza muzyką spełniasz się w jakichś innych dziedzinach artystycznych?

Dawniej rozwijałem inne pasje, takie jak fotografia, która dzisiaj kończy się niestety na instagramie, czy chociażby aktorstwo. Uwielbiałem malować oraz rysować węglem. W podstawówce i gimnazjum uwielbiałem rysować ciuchy w jakich chciałbym widzieć swoje ukochane gwiazdy, o czym dopiero teraz sobie przypomniałem. Zawsze lubiłem pisać. Pisanie pozwala mi się uwolnić od wszystkiego co mnie boli, drażni, denerwuje. Nawet zacząłem pisać rozmówki o zapachu kapryfolium i koglu moglu z moją przyjaciółką Agnieszką, dodam, że to poetka, więc pod każdym względem przerasta mój warsztat, odłożyliśmy to jednak na bliżej niezidentyfikowany czas.


-Czy jest Twoim zdaniem jakiś Artysta, którego twórczość zasługuje na docenienie przez szersze grono odbiorców?

Zdecydowanie jest to Ramona Rey, która jest odważna i konsekwentna w swojej kreacji. Jest przepiękną wrażliwą duszą w pięknym ciele. Do tego jest cholernie zdolną Artystką, ma w sobie coś magnetycznego lekko zwierzęcego. Niewielu to ma i wierzę, że wszyscy to w końcu zauważą.
Dziwne jest to, że za granicą każdy artysta ma swoją nisze i to na jej podstawie do mainstreamu przemycane są te cudowne smaczki, wyjątkowość, która nadaje kierunek muzyce komercyjnej. Przykładem są Die Antwoord, którzy są totalnie pojechani i mimo tego, że są mocno alternatywni, to w świadomości mainstreamowej mocno istnieją.

– Jakiej rady bądź co byś powiedział dziś z tej perspektywy Madoxowi, który zaczynał karierę?

Powiedziałbym mu, że nie będzie lekko. Lubię jednak naturalnie zachodzące procesy. Był moment, w którym uderzyła mi sodówka do głowy, czego mam świadomość. Myślę, że każdy przechodzi ten etap. Nie powiedziałbym sobie, by tego uniknąć. Po okresie sodówy, gdy musiałem stawić czoła rzeczywistości, sukcesom i porażkom nauczyłem się cholernie pokory i szacunku do tego co mam i czego nie mam. Powiedziałbym sobie, żebym nie był tak ufny. Choć tu nadal bywam frajerem, bo lubię widzieć w innych dobro i zwyczajnie chciałbym, by ludzie byli dla siebie dobrzy. Na zakończenie dodałbym, żeby nie być zbyt kompromisowym. Bezkompromisowość w kwestiach artystycznych jest chyba najważniejsza. Trzeba wiedzieć czego się chce i po to zwyczajnie sięgać.

– Między klipem do utworu „Qrva”, a „One more shot” jest duży dysonans stylistyczny. „Qrva” jest mocna i wyrazista natomiast „One more shot” letni i wakacyjny… czy nowa płyta też będzie taka kontrastowa?

Płyta będzie bardzo zróżnicowana. Pierwszy album „La révolution sexuelle” płynął od pierwszego do ostatniego dźwięku. Układ piosenek również pozwalał dryfować, odpływać w melancholię. Nowa płyta będzie dużo bardziej kontrastowa. Pojawi się dużo eksperymentów i cieszę się, że są punkty zwrotne i zaskakujące. Jest kilku producentów, którzy pochodzą z różnych światów muzycznych. Nie zabraknie elektroniki, gitar, które ogrzeją mechaniczną część albumu i będzie namiastka smyczków i klawiszy. Nie zabraknie dużej dawki POPu i kolorów.

Będzie różnorodnie, a zarazem spójnie. Jestem ciekawy co fani powiedzą, że będzie tylko jedna ballada…

-Jaki etap przy tworzeniu albumu jest dla Ciebie najtrudniejszy, a który najprzyjemniejszy?

To pytanie jest podchwytliwe, można telefon do przyjaciela ? (śmiech) Najtrudniejszym etapem jest chyba pisanie tekstów, ponieważ nie umiem, jak niektórzy moi koledzy i koleżanki z branży, usiąść i napisać tekst z marszu. Potrafię rozgrzebać 7 piosenek na raz i nic nie mieć więcej przez miesiąc lub dwa. Jednak przychodzi taki ranek, popołudnie lub noc, gdy siadam i kończę wszystko. Czasami jest tak, że nie mam inspiracji, albo historia, którą opowiadam w swoich piosenkach jest nieskończona. Szukam zawsze niepowtarzalnych, a łatwo zapamiętywanych metafor, niebanalnych słów i żeby w tym wszystkim była dusza. Zbieranie konceptu i przelewanie go na papier i nuty jest najtrudniejsze, ale to mój ulubiony etap. Na pewno nie lubię gonitwy produkcyjnej przed wydaniem płyty, to jest straszne i jak już się ustali datę i trzeba dotrzymać wszystkich terminów, to ze wszystkim czuję się jak trybik w nieznanej mi machinie. Bardzo lubię etap sesji zdjęciowych i teledysków, to jest przyjemny, kreatywny etap, kiedy wchodzę na plan i dokładnie wiem co robić. Praca artysty bywa trudna, emocjonalna, ale również piękna i satysfakcjonująca. Stwierdzenie, że sztuka rodzi się w bólach, jest bardzo prawdziwe. Miłość do pasji jest tak silna, że nie zamieniłbym się z nikim. Ja na prawdę kocham to co robię.

 

-Gdzie widzisz siebie muzycznie za 10-15 lat?

Dobre pytanie, bo aż tak nie wybiegam w przyszłość. Na pewno chcę, by moja muzyka dalej się rozwijała, ewoluowała. Chciałbym dalej robić nowatorskie rzeczy i chciałbym mieć swoje grono odbiorców, dla którego mogę tworzyć i występować oraz dzielić się z moimi fanami energią i emocjami.
Marzeniem jest na pewno wielka scena i spektakle i z okazji swoich niedawnych urodzin tego sobie życzę (śmiech)

-Jakie jest Twoje największe muzyczne marzenie?

Chciałbym jeździć w trasy, o których wspomniałem. Oczywiście najbardziej skrytym marzeniem jest dostać kiedyś „Grammy”. Światowa kariera marzy się chyba każdemu. Ale z drugiej strony hej! Dream big or go home.


-Mieszkałeś wiele lat w Paryżu, który uważany jest za miasto miłości, pełne inspiracji. Czy w Polsce są także miejsca, które Cię inspirują?

Kocham jeździć po Polsce. Wyjątkowo często odwiedzam Poznań w ostatnich latach. Lubię patrzeć na polską architekturę. Kocham oczywiście Warszawę i uważam ją za swój dom. Warszawa jest takim miastem, które ma ogromne tempo życia. Cholernie inspirują mnie ludzie, których spotykam i których mam wokół siebie. Chociażby moja przyjaciółka Sandra, stylistka fryzur z Wrocławia, która realizuje się również artystycznie. Moja metamorfoza to jej zasługa. Sandra pięknie maluje, rysuje i robi kosmiczną scenografię na festiwale. Są to również Ramona czy Krzyś Sierpiński – reżyser „Qrvy” i fotograf.

Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi, ich historie tak by spojrzeć na życie z nowej perspektywy. Chyba nauczyłem się łapać inspirację wszędzie tam, gdzie jestem…

-Trema bywa czasem dla artysty paraliżująca bądź mobilizująca. Czy Ty miewasz w ogóle jeszcze tremę przed swoimi koncertami?

Bywa paraliżującą. Przed Enea Spring Break przez dwie godziny chodziłem po hotelowym pokoju, mocno powstrzymując się od łez. Dostałem ataku paniki i nie byłem w stanie przesłuchać openingu bez tracenia oddechu. Przychodzi jednak zawsze ten moment, kiedy nie ma już odwrotu. Wtedy zamykam oczy i biorę głęboki oddech i gdy ponownie spoglądam przed siebie, jestem już kimś innym. Tak dokładnie było na ESB i na LGBT Film Festivalu.

Dzięki medytacji i pracy nad sobą nauczyłem się jak wyciszyć własne demony i jak się skupić. Kiedyś myliłem teksty, głosu ze stresu nie potrafiłem kontrolować. Potrzebowałem 2-3 utworów, by dojść do siebie. Teraz z niecierpliwością czekam na ten moment, kiedy na ułamek sekundy wyłączam się i wracam odmieniony.

-Swój nowy album chcesz wydać własnym sumptem, czy jednak we współpracy z jakąś dużą wytwórnią?

Wraz z moim teamem myślimy nad dwiema opcjami. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji. Nie ukrywam, że bardzo kuszącą opcją jest wydanie albumu własnym sumptem.

-Czy interakcja z fanami jest dla Ciebie istotna?

Jest dla mnie bardzo istotna i zamierzam w najbliższym czasie, o ile czas pozwoli (bądź kochany dla mnie łaskawy!), żeby wejść z fanami w bardziej bezpośrednie relacje. Mam wrażenie, że swego czasu postawiłem mur między mną, a światem zewnętrznym. Wbrew pozorom bywam nieśmiały i cholernie cenię sobie prywatność. Chcę jednak mówić do Was więcej i chcę dawać od siebie więcej. Myślę, że moi fani chcieliby przeprowadzić ze mną kilka rozmów na tematy, które są dla nas ważne.

Jednakże najważniejszą interakcją dla mnie jest ta na scenie, to wtedy oddaję całego siebie i wszystko co mam w serduchu.

-Zawsze obok Twojej osoby pojawiało się słowo kontrowersja. Ja zamieniłabym to słowo na odwaga, wyjątkowość, delikatność, wrażliwość… jaki w takim razie jest Madox?

Dziękuję! To bardzo miłe! Zawsze wstydziłem się tego, że jestem wrażliwy, a słowo delikatność odbierałem jako ujmę. Pogodziłem się z tym stosunkowo niedawno.
Jaki jestem? Nie uważam żebym był kontrowersyjny. Rolą artysty zawsze było prowokować do dyskusji, co nie oznacza, że można tu postawić znak równości z tanią kontrowersją. Prowokacja do zatrzymania się i włączenia myślenia jest czymś innym. Rolą sztuki jest prowokowanie ludzi do spojrzenia na wiele tematów z innego punktu widzenia.

Ja natomiast jestem wielopłaszczyznowy, emocjonalny, myślę, że nie ma we mnie ściemy. Przestałem się kreować i auto-poprawiać. Moje komunikaty stały się bardziej bezpośrednie.

Twoja muzyka, teksty, ale przede wszystkim teledyski zawsze wzbudzały wiele emocji.
Czy Ty oglądając inne teledyski oczekujesz tych emocji?

Oczywiście, że tak! Nie jestem fanem teledysków, które są o niczym… Zawsze zadaję sobie pytanie co autor miał na myśl. Jak widzę w klipie wieloryba wyskakującego z jeziora pytam:
Co on wnosi? O czym to mówi? Co przekazuje ta forma ekspresji? Co symbolizuje wieloryb? Lubię zadawać pytania i otrzymywać na nie odpowiedzi. Uwielbiam teledyski, które opowiadają historię, bogatą symbolikę, która zwyczajnie inspiruje. Brakuje mi w dzisiejszych, polskich produkcjach mainstreamowych odwagi, która jest w Stanach czy na Zachodzie. Wiem natomiast, że my Polacy mamy ogromny, jeszcze niewykorzystany potencjał.

– Dziękuję bardzo.

Dziękuję! Peace!

PODZIEL SIĘ
Patrycja –zakochana w rockowych dźwiękach głównie o niskich częstotliwościach. Z zamiłowania fotograf koncertowy… Zafascynowana muzyką Roberta Gawlińskiego, Republiki, Mony Mur i Decadent Fun Club… ciągle poszukuje dźwięków, które zabiorą mnie na niezbadane krańce wyobraźni…

Dodaj komentarz

  Bądź na bieżąco  
Powiadom o