Fot. Adam Pluciński/Move Picture

Mela Koteluk powraca na scenę z nowym materiałem. Artystka zaprezentowała go premierowo 22 października w poznańskim Teatrze Wielkim. Rozpoczęła tym samym trasę Migawka, promującą album o takim samym tytule, który w sklepach ukaże się dopiero 9 listopada. Było lirycznie, subtelnie i bardzo magicznie – jak zawsze z Melą. Choć tego wieczoru nie zabrakło również kilku zaskakujących elementów. Zapraszamy do relacji z wydarzenia!

Jeszcze na chwilę przed rozpoczęciem koncertu czuć było narastające emocje, związane z wagą wydarzenia. Piękna sala Teatru Wielkiego w Poznaniu, eleganckie stroje przybyłych fanów, powrót Meli i zespołu do koncertowania po dłuższej przerwie i Migawka, która miała za chwilę wybrzmieć premierowo i to od razu na żywo. Mela porwała się na dość odważny i niespotykany ruch, zapraszając swoich odbiorców na koncerty prawie trzy tygodnie przed premierą nowej płyty. Zderzenie z świeżym materiałem na żywo nigdy nie jest proste – ani dla muzyków, ani dla słuchaczy, którzy w pewnym stopniu zmieniają się w jury oceniające czy to, co słyszą im się podoba, czy nie, a zanim zdążą wydać werdykt – koncert się kończy i niewiele się z niego pamięta. Wczucie się w klimat takiego koncertu i przeżywanie go w stu procentach staje się więc sporym wyzwaniem.

Osobiście przyznam, że bardzo nie lubię stykać się z nowymi utworami po raz pierwszy na żywo. O ile jest to jeden utwór, sprytnie wpleciony w setlistę i klimat całego koncertu – jest to całkiem miłym zaskoczeniem. Jednak w przypadku koncertu Meli Koteluk w Poznaniu miałam usłyszeć po raz pierwszy całą nową płytę. Trochę się bałam, że mi się nie spodoba, że nie wejdę w ten klimat, że będę się nudzić, i tak dalej… Mimo całej wyjątkowości tego, co miało się wydarzyć – bo jednak byłam jedną z niewielu osób, które miały przyjemność usłyszeć materiał jako pierwsze – miałam pewne wątpliwości i cichą nadzieję, że setlista będzie na tyle poprzeplatana starszymi utworami, że nowa płyta mnie nie przytłoczy. Jednak zespół miał inny plan i moje nadzieje nie do końca zostały wysłuchane…

Fot. Adam Pluciński/Move Picture

Pierwsze sześć utworów jakie wybrzmiały, były utworami z Migawki. Liczyłam szczerze mówiąc na dwa, trzy na początek i jakiś oddech w postaci czegoś znanego. Ale zespół grał niczym w transie. Czwartą, piątą i szóstą piosenkę, której nikt nie znał. Mela wciąż nie powiedziała ani słowa między piosenkami i zaczęłam się trochę niepokoić, że artystka przyjęła taktykę polegającą na odegraniu Migawki od początku do końca bez jakiejkolwiek interakcji z publicznością, której tak bardzo potrzebowaliśmy, aby przebić ten balon patosu, który nadmuchał się wśród słuchaczy. Mimo tej – dość małej w końcowym rozrachunku – niedogodności, muszę przyznać, że wcale nie było tak źle z tymi nowymi utworami. Oczywiście trudno mi ocenić, na ile były one piękne, czy tylko ładne, w stylu Meli z poprzednich płyt, czy z jakimś powiewem świeżości, gdyż po jednym odsłuchu, pełnym emocji, niewiele z nich już pamiętam, a jako że płyta jeszcze nie wyszła, a wszelkie rejestrowanie koncertu było zabronione, nie jestem w stanie odświeżyć sobie tych wykonań. W każdym razie spędziłam bardzo przyjemne pierwsze pół godziny koncertu w towarzystwie nowych dźwięków od Meli i lekko odświeżonego zespołu w składzie: Tomek „Serek” Krawczyk, Tomek Kasiukiewicz, Robert Rasz i Piotr Zalewski. To, co przykuło moją uwagę na tyle, że jestem w stanie powiedzieć, że nowa płyta Meli Koteluk będzie bardzo liryczna, to piękne testy, które właściwie od zawsze były wizytówką jej twórczości. Tego wieczoru wyraźnie to odczułam i zamykając oczy czułam się momentami jakbym leżała na jakiejś leśnej polanie, w pięknym słońcu, a wokół biegały sarenki i zające. To skojarzenie też nie wzięło się znikąd, bo w nowych utworach bardzo często przejawiał się motyw natury.

Po tym dość wzniosłym i chyba dla obu stron (zespołu i widowni) lekko stresującym secie, przyszedł czas na wyczekiwany hit. A hitem tym (jednym z kilku jak się potem okazało) była „Melodia Ulotna”, która przełamała wszelkie lody i bariery. Zespół zdecydowanie poczuł się bardziej swobodnie, publiczność zaczęła klaskać i wiercić się z tanecznym niepokojem w krzesłach, a po utworze w powietrze wystrzeliły kartki, składające się na napis „TĘSKNILIŚMY”. Lekko wzruszona Mela w końcu przemówiła, przyznając, że faktycznie zwlekała  z tym momentem, starając się zachować skupienie na scenie, gdyż granie nowego materiału wiązało się z nadmiarem wielu emocji dla zespołu. Podziękowała wszystkim za przybycie i zaufanie, jakim fani ją obdarzyli, przychodząc na koncert bez wcześniejszej możliwości odsłuchu Migawki. Te kilka słów ze sceny sprawiło, że wszyscy poczuliśmy się swobodniej i nawiązała się pewna więź na zasadzie wzajemnego zrozumienia pomiędzy sceną a publiką. Po tym miłym akcencie, już z zupełnie nową energią wybrzmiał singiel „Odprowadź”, a potem było już tylko pięknej i działa się magia.

W drugiej części koncertu, między nowymi kompozycjami, zespół przypominał również starsze utwory. Usłyszeliśmy „Działać Bez Działania”, „Stale płynne”, dobrze znane „Fastygi” oraz dopieszczone lekką dawką elektroniki „Żurawie Origami”, znane w tej wersji z trasy Zmienne Tętno z 2016 roku. Z nowych utworów jakie mieliśmy okazję usłyszeć najbardziej zapadło mi w pamięć „Tańczę, Przepływam” i bardzo nie mogę się doczekać, aż będę mogła odsłuchać tę kompozycję ponownie w wersji studyjnej.

Koncert zespół zakończył wyklaskanym i wyśpiewanym wspólnie „Spadochronem” (mówiłam, że hitów było więcej :D), po czym nie zabrakło owacji na stojąco, podziękowań i kwiatów. Zespół odwdzięczył się bisem, podczas którego Mela zdradziła, że kolejnym singlem promującym Migawkę będzie „Ogniwo” i właśnie ten utwór mieliśmy okazję usłyszeć ponownie. Artystka pożegnała się z nami – jak sama powiedziała – piosenką na wyciszenie – pięknie płynącą i pełną emocji balladą „Janie”.

Całość muzycznych doznań podczas tego wieczoru podkreślały specjalnie zaaranżowane efekty świetlne, które pojawiły się już na poprzedniej trasie artystki z 2016 roku, a pomieszanie nowego, nieogranego materiału ze starym, pomimo moich początkowych obaw, okazało się wcale nie takim złym pomysłem i sprawiło, że Migawka jeszcze bardziej mnie intryguje. Z pewnością pobiegnę po nią do sklepu jak tylko się ukaże.

Wam zaś polecam odwiedzić Melę na jej nowej trasie, która dopiero co się rozpoczęła i doświadczenie tych niebywałych, subtelnych wrażeń muzycznych na własnej skórze.

Sprawdźcie gdzie jeszcze Mela Koteluk zagra w najbliższym czasie!


Więcej od Meli Koteluk:

WWW

Facebook

Instagram

PODZIEL SIĘ
Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej w Poznaniu, entuzjastka każdego nadchodzącego dnia, miłośniczka muzyki, szczególnie tej granej na żywo oraz sportu, szczególnie tego granego na piachu :) Do zobaczenia gdzieś pod sceną!

Dodaj komentarz

  Bądź na bieżąco  
Powiadom o