Wilki /fot. Patrycja Kotecka

Jakiś czas temu Wilki rozpoczęły akustyczną trasę koncertową z okazji jubileuszu swojej działalności artystycznej oraz w ramach promocji dwupłytowego wydawnictwa „26/26”.
Podczas niektórych występów zespołowi towarzyszyli Muzycy Filharmonii Gdańskiej co nadawało aranżacjom symfonicznego charakteru, ale były również takie koncerty jak wczorajszego wieczoru, kiedy zespół grał po prostu „bez prądu”. Nie oznacza to jednak, że było mniej wyjątkowo.

Początkowo przy spokojniejszej i bardziej melancholijnej części koncertu publiczność mimo pozytywnych wrażeń pozostawała w pozycji siedzącej na swoich miejscach wsłuchując się w piękne aranżacje i teksty „Ja ogień Ty woda”, „Stać się innym”, „Słońce pokonał cień” czy „Chermana”.
Między piosenkami Robert Gawliński zabawiał publiczność licznymi anegdotami o okolicznościach powstania utworów jak również opowiadał zakulisowe historie z zagranych przed laty koncertów i festiwali. Mnie natomiast zapadła w pamięć szczególnie jedna historia o tym jak nietuzinkowa, festiwalowa stylizacja Roberta przyczyniła się do tego, że zagrał w kultowym filmie „Wojaczek”.

W koncertach akustycznych kryje się swego rodzaju magia, dzięki intymnej, wręcz rodzinnej atmosferze. Niewielka sala, ciepłe światło, ciekawe opowieści potęgowały poczucie domowego klimatu, momentami wręcz przyjacielskiego spotkania z gitarą w tle.

Prawdziwe szaleństwo dusz rozpoczęło się w drugiej części koncertu kiedy zespół zaczął grać dobrze znane utwory jak „Urke”, „Nie stało się nic”, „N’Avoie” czy „Aborygen”.
Wspaniałej zabawie poddała się cała wrocławska publiczność. Było wspólne śpiewanie, tańczenie i wariacje pod sceną.
Koniec koncertu nie oznaczał jednak końca wieczoru ponieważ zespół chwile po koncercie spotkał się z fanami. Był czas na wspólne zdjęcia, autografy i krótkie rozmowy. Były także momenty wzruszeń ponieważ na koncercie pojawiło się sporo osób z fan clubu zespołu „Wilczego Stada”, które mają już mniej czasu na koncertowe wycieczki za zespołem i wczoraj spotkali się po raz pierwszy po kilku dobrych latach przerwy.
To są właśnie takie momenty, które uwielbiam w tym najbardziej, że spotykając się nawet po kilku latach mamy mnóstwo wspólnych wspomnień z różnych koncertów, zlotów, wspólnych tras dokładnie tak jak śpiewa Robert: „Tyle przyjaźni, tyle wspólnych tras…”
Dlatego z całą stanowczością i pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to zespół ponadczasowy pięknie łączący swoją muzyką różne pokolenia. Wczoraj na sali można było dostrzec osoby w przeróżnym wieku, od kilkuletnich dzieci z rodzicami, przez nastolatków po dojrzałe osoby. To chyba jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze.

PODZIEL SIĘ
Patrycja –zakochana w rockowych dźwiękach głównie o niskich częstotliwościach. Z zamiłowania fotograf koncertowy… Zafascynowana muzyką Roberta Gawlińskiego, Republiki, Mony Mur i Decadent Fun Club… ciągle poszukuje dźwięków, które zabiorą mnie na niezbadane krańce wyobraźni…