Tomasz Pauszek: "(...) współpracując, uczę się bardzo dużo od innych" fot. Jerzy Kapała

Tomasz Puszek, to postać, której fanom muzyki elektronicznej przedstawiać nie trzeba. W tym roku obchodzi dwudziestolecie pracy artystycznej, która zostanie uczczona wyjątkową trasą koncertową, zatytułowaną „20Years”.


Mimo wielu zajęć i przygotowań do koncertów, udało mi się namówić Tomka na krótką rozmowę. Zapraszam do lektury, a dowiecie się z jakich źródeł Tomek najczęściej czerpie swoją inspirację, jak podchodzi do wszelkich nowinek technicznych na rynku muzycznym, czego możemy się spodziewać na koncertach zaplanowanych na jubileuszowej trasie  i jak to w końcu było z tym… akordeonem!

 


Karolina Filarczyk

Tomasz Pauszek

Mądre źródła piszą, że jesteś twórcą muzyki elektronicznej i eksperymentalnej. W naszym kraju nie zdobywa się szczytów popularności na takiej muzyce. Dlaczego akurat tej postanowiłeś poświęcić się bez reszty?

Od dzieciństwa bardziej interesowały mnie brzmienia instrumentów elektronicznych niż akustycznych. Od pierwszej chwili, gdy usłyszałem muzykę Jarre`a na kasecie pożyczonej od brata, zakochałem się w tych dźwiękach. Potem przyszła fascynacja innymi artystami, takimi jak Vangelis czy Kitaro. Pokryło się to z moim coraz większym zainteresowaniem kosmosem i światem. No i możliwościami kreacji barw, dźwięków. Więc była to naturalna konsekwencja. Po prostu to we mnie rezonuje i to czuję.

W jednym z wywiadów usłyszałam, że jako nastolatek uczyłeś się gry na akordeonie. Czyj to był pomysł?

To znowu mój pomysł. W wieku 6-7 lat usłyszałem i zobaczyłem w telewizji piosenkę Córka Rybaka Wałów Jagiellońskich. Uwielbiałem ją. No i w tym „teledysku” był pan grający na akordeonie. I moje myśli popłynęły w stronę: ja też tak chcę. Haha!


fot. Artur Kocoń

Finalnie pozostałeś przy instrumentach klawiszowych. W elektronice w ogóle pojawia się wciąż mnóstwo nowości, że trudno nadążyć. Wśród nowinek instrumentalnych zapewne jest podobnie. Starasz się być na bieżąco, czy jesteś wierny swoim przyzwyczajeniom?

To bardzo ciekawe pytanie i wyczerpująca odpowiedź na nie, zajęłaby pewnie kilka stron papieru. W skrócie powiem tak… Podążanie za nowinkami w świecie elektroniki jest kompletnie pozbawione sensu. Bo nie one komponują i kreują utwór. One są narzędziem. Ja jestem wierny powiedzeniu, że nie tworzę muzyki elektronicznej, tylko muzykę przy wykorzystaniu instrumentów elektronicznych. One są środkiem a nie celem. Dlatego oczywiście, śledzę nowości i czasami zaopatruję się w nowe instrumenty, ale musi mieć to uzasadnienie i sens. Jeśli wiem, że dany instrument jest mi potrzebny, to go kupuję. I nie zawsze jest to nowy instrument, bo nowe nie znaczy lepsze. Ja jestem fanem starych syntezatorów analogowych. I ich brzmienie jest podstawą moich nagrań. Reszta, to dodatki i otoczka. Więc nie gonię za nowościami, ale nie zamykam się na nowoczesne brzmienia.

Muzyka elektroniczna – Jean Michael Jarre i Jego kultowy Oxygene! Takie są moje pierwszy skojarzenia. Ty na czyjej muzyce budowałeś swoje horyzonty?

Właśnie na Oxygene i Equinoxe Jarre`a oraz późniejszych jego dokonaniach. Oprócz niego był Vangelis z jego albumami np.: Spiral, Albedo 0.39. Dużą inspiracją byli dla mnie też Kitaro, czy Mike Oldfield.

Masz na swoim koncie zarówno solowe projekty tj. Lo-Fi Lo-Ve, jak i prace zespołowe, jak chociażby najnowsze wydawnictwo „Panta Rhei”. Muzyka elektroniczna sprzyja łączeniu sił, czy po prostu nie ma takiego parcia na solowe przedsięwzięcia? Wolisz pracę solo, czy wygodniej jest odpowiedzialność podzielić na więcej podmiotów?

To zależy. Może śmiesznie to zabrzmi, ale lubię pracować solo i takie albumy wydawać. Ale ostatnio otworzyłem się na współpracę bardzo, bo LO-FI LO-VE, będąc albumem solowym, był złożony w dużej mierze z duetów. Panta Rhei, to już projekt typowo wspólny. Kolejny album, nad którym już pracuję też będzie gościł wielu artystów. Generalnie zauważyłem, że współpracując, uczę się bardzo dużo od innych, ich podejścia do tworzenia, ich technik, warsztatu itp. Więc jest to bardzo rozwijająca muzycznie i technicznie sytuacja.

„Panta Rhei” – płyta, którą tworzyłeś wespół z Przemkiem Rudziem. Opowiedz nam więcej o tym projekcie. Kto był pomysłodawcą wydawnictwa, kto jest odpowiedzialny za projekt muzyczny. Chcemy wiedzieć wszystko 🙂

Pomysł wspólnej płyty wyszedł od Przemysława. Rozmawialiśmy z początku o tym luźno podczas spotkania na Cekcyn Electronic Music Festival w 2017 roku. Mieliśmy to potem cały czas w głowie. Gdy Przemek stworzył trochę materiału, nakreślił tematykę i tytuł, wtedy przysłał  szkice, podkłady, na których mogłem podogrywać to, co chciałem. Dał mi wolną rękę, w kwestii wyrażenia  siebie. Skonsultowaliśmy to potem i bardzo szybko osiągnęliśmy porozumienie co do brzmienia. I tak powstała płyta „Panta Rhei” – opowieść o przemijaniu i zmianach. Postanowiliśmy też ostatnio, że będzie to projekt otwarty, więc już pracujemy nad częścią drugą tego cyklu i pewnie nie ostatnią.



W tym roku obchodzisz bardzo okrągły jubileusz – okazuje się, że na rynku muzycznym bawisz już dwudziesty rok. Serdecznie gratulujemy i życzymy sukcesów na kolejnych pięćdziesiąt! A tak poważnie… dwie dekady na rynku, to nie lada wyczyn! Jaka jest Twoja recepta na sukces?

Serdecznie dziękuję. Bardzo mi miło. Tak, 20 lat to sporo czasu, a ja cały czas czuję się jak debiutant. Każda nowa płyta to ten sam stres, jakby to była ta pierwsza. Myślę, że recepta na utrzymanie się na rynku, to ciągłe poszukiwanie, wyrażanie siebie i nie odpuszczanie. Bo pojawiają się czasami chwile zwątpienia. To poszukiwanie odświeża kreatywność, pozwala badać nowe pola i łączyć je ze sobą. Ja przechodziłem różne fazy i fascynacje, od klasycznej elektroniki w projekcie ODYSSEY, przez deep-house z formacją WAXFOOD oraz IDM/Experimental w RND, aż do teraz, gdzie tworzę to co akurat czuję. Muzyka musi nieść coś więcej niż nuty i brzmienia. Ja traktuję muzykę bardzo poetycko. Ona ma coś przekazać, musi mieć coś pod spodem, jakieś przesłanie, głębię. Inaczej to tylko zbiór nut, których nikt za jakiś czas nie pamięta.

8 marca w bydgoskim MCK-u miał miejsce koncert, który inauguruje Twoją jubileuszową trasę koncertową. To co tam się działo, odbiega dość mocno od koncertów, które dajesz standardowo – obok syntezatorów pojawiła się muzyka na żywo, pokazy świateł, animacje… skąd pomysł na takie „smaczki”?

To zależy gdzie i jakie koncerty gram. Koncertuję dość rzadko i traktuję każdy występ jako kolejny projekt, tak ja płytę czy inne przedsięwzięcie. Musi być to skończona całość. Zawsze ma założenie, temat i jakąś myśl przewodnią. Nie zawsze chodzi o lasery, światła, animacje, czy żywy zespół towarzyszący. To zależy od projektu. Grałem ogromne koncerty typu open-air, z chórem, gitarzystami, tancerzami, laserami i pirotechniką już dużo wcześniej, grałem też klubowe koncerty, praktycznie bez żadnej oprawy wizualnej. Były też koncerty w studiach radiowych, tak jak ten nadchodzący w Straszynie, w rozgłośni Toksyna FM. Założyłem też, że każdy z występów na trasie „20Years” będzie inny. W moim rodzinnym mieście, Bydgoszczy, chciałem, żeby ten koncert był najbardziej rozbudowany i spektakularny. Stąd połączenie różnych elementów wykonawczych i wizualnych.


Jubileuszowa trasa koncertowa będzie pełna niespodzianek!

Na trasie koncertowej zagrasz m.in. w planetariach. Masz zamiar swoją muzykę posłać w gwiazdy?

Oczywiście!!! Będzie taki klimat, że nie tylko muzyka pójdzie w gwiazdy, ale Kosmos zawita pod kopuły planetariów. Koncert w Warszawie będzie transmitowany na falach Radia WNET, więc też można się spodziewać, że fale dźwiękowe wyjdą poza atmosferę i popłyną bardzo daleko.

Jakie masz plany na kolejnych 20 lat działalności? Kolejne projekty, koncert w kopalni Guido, czy posłanie swoich akordów na Marsa?

Widzę, że już wieści o moich rozmowach z kopalnią Guido ujrzały światło dzienne, haha! Tak, są takie plany, podobnie jak muzyka pod wodą oraz kilka innych szalonych pomysłów. Na Marsa, bardzo chętnie, tylko czekam na sprzyjające warunki. A co do innych planów, to obecnie pracuję nad kilkoma projektami wydawniczymi równocześnie. Jest sporo pracy! Plus oczywiście nowi goście, nowe współprace i kolejne poszukiwania. Oraz Panta Rhei w kilku odsłonach. A co czas przyniesie, to zobaczymy.

Nasz portal zajmuje się promocją nowych, młodych – gniewnych na polskim rynku. Ty swój debiut masz już dawno za sobą. Czy z perspektywy lat, jesteś w stanie podzielić się z nowicjuszami swoimi „złotymi myślami”, które pozwolą i pewniej ruszyć przed siebie?

Sądzę, że mimo iż brzmi to trywialnie, to warto podążać za tym co się chce przekazać przez muzykę. Jeśli masz coś do przekazania, wyraź to, jeśli nie masz – milcz. Muzyka ma działać na emocje, wtedy zostaje w człowieku. No i nie szaleć z ilością instrumentów. Moja maksyma głosi, że ograniczenia pobudzają kreatywność. Więc im mniej tym więcej. Tyle rad ode mnie.


fot. Dariusz Gackowski

Zobacz więcej:

BandCamp

Facebook 

Instagram

PODZIEL SIĘ
vice-Redaktor Naczelna --- Z Muzykoholikami związana na zawsze! Co tu robię? Spełniam marzenia! Wywiady, relacje, recenzje... pełen serwis! ---