[WYWIAD] Michał Masłoń: „Moim jedynym pomysłem na mnie jest moja muzyka”

102

Michał Masłoń, absolwent Łódzkiej Akademii Muzycznej, jeden z 12 Tenorów, ale przede wszystkim artysta, który ciężko pracuje na własny sukces.


Całkiem niedawno ukazał się najnowszy singiel wokalisty „Tysiąc Mil”. Co oznacza ten tytuł? Jak zaczęła się Jego przygoda ze śpiewaniem? Który zespół wywarł na Nim ostatnio ogromne wrażenie? Tego i wiele więcej dowiecie się z niniejszego wywiadu.

Serdecznie zapraszam do lektury!


Karolina Filarczyk

Michał Masłoń

Mój serdeczny przyjaciel – aktor, uważa, że mimo wszystko jego zawód jest mało męski… Ty też uważasz, że śpiewanie nie przystoi mężczyźnie?

Wręcz przeciwnie. Przecież kobiety kochają śpiewających mężczyzn, najlepiej jak mężczyźni śpiewająco wyznają im miłość do grobowej deski (śmiech). A tak poważnie, nie ma, moim zdaniem mało męskich zawodów. Są po prostu zawody, które wykonujemy z pasji i te, które wykonujemy z przymusu. A poza tym, sztuka w każdej odsłonie, bez względu na to, czy to jest aktorstwo, czy śpiew, czy malarstwo, są najlepszym uzdrowicielami na nasze smutki i problemy.

Kiedy odkryłeś w sobie pasję do śpiewania?

Odkryłem bardzo wcześnie, bo w szkole podstawowej. Niestety, ponieważ byłem bardzo nieśmiałym dzieckiem (dużo mi jeszcze z owej nieśmiałości zostało), odkrycie, że moją pasją jest śpiew, przerażało mnie do tego stopnia, że nie było mowy o żadnym publicznym występie. Dopiero przygotowania do egzaminów na Akademię Muzyczną, które trwały półtora roku, sprawiły, że musiałem się przełamać.

Ukończyłeś Łódzką Akademię Muzyczną – plotka niesie, że nie jest to szkoła, po której można się z łatwością prześlizgnąć. Jak wspominasz tamte czasy?

To wszystko zależy, z jakiego pułapu się „startuje”. Ja na akademię dostałem się z ulicy, to znaczy, nie miałem żadnego przygotowania muzycznego. Wszedłem do zupełnie nieznanego mi środowiska artysty-stów, wśród których niestety znaleźli się tacy, którzy z uśmiechem na twarzy zatruwali mi życie. Byli też tacy, którzy wspierali mnie w trudnych początkach, służyli nie tylko wiedzą i doświadczeniem, ale też zwykłą życzliwością, która mnie, młodemu kandydatowi do bycia śpiewakiem operowym, była niezbędna w całym procesie artystycznego dorastania.

Nauka na akademii muzycznej trwała pięć lat. Wiele przez ten czas się mogło wydarzyć i wiele się wydarzyło. Często ktoś lub coś podcinało skrzydła. Ale za każdym razem trzeba było się podnieść i iść za marzeniami. Czasami na przekór wszystkiemu dookoła.



12 Tenorów… jak trafiłeś do tego grona? Zwiedziliście wspólnie wiele miast w całej Europie. Któreś z nich szczególnie zapadło Ci w pamięć?

Jedna z agencji, która organizowała tournee miała deficyt tenora. Zgłosiłem się. I się udało. Czas spędzony z tenorami, był jednym z najpiękniejszych momentów na mojej muzycznej drodze. Koncerty w największych salach koncertowych i filharmoniach, głównie w Niemczech, ciągłe podróże z miejsca do miejsca, odwiedzanie wiele niesamowitych miejsc, o których nie miałem bladego pojęcia a przede wszystkim niesamowite doświadczenie sceniczne, to było to, czego mi było trzeba 🙂 Poniekąd ukształtowało mi to osobowość, otworzyło mnie na wiele nowych rzeczy, zrzuciło klapki z oczu, które wcześniej nosiłem.

A ulubione miejsce, które utkwiło mi w pamięci? To niewielka miejscowość Bad Wimpfern w Niemczech. Proponuję, żeby każdy z Was szukał w internecie zdjęcia tej miejscowości. Małe cudeńko na mapie, w którym zatrzymał się czas.

Na Twoim solowym koncie jest już kilka singli. Ostatni z nich “Tysiąc Mil” miał premierę całkiem niedawno. O czym śpiewasz w tym utworze?

Haha o miłości – jak zwykle 🙂 ale tym razem, o tej udanej, spełnionej. Sama piosenka mówi, że nasze życie ma sens, jeśli chcemy i potrafimy się nim dzielić z innymi. Jeśli się prawdziwie kocha, to bez względu na to, dokąd poniesie nas życie, miłość będzie pamiętać i zwycięży wszystkie trudności. Obraz, który do piosenki „Tysiąc mil” wyczarował wspaniały aktor i reżyser Darren Bransford zanurza nas w powyższą myśl jeszcze głębiej. Mianowicie uświadamia nas, że to właśnie dobre wspomnienia, uczą nas kochać i wybaczać. Pielęgnowanie ich w sobie to nic innego, jak pielęgnacja miłości.

Na jesień ma ukazać się twój pierwszy album. Znajdziemy na niej wydanej do tej pory single, czy one żyją już własnym życiem i nie ma ich co w to mieszać?

Jest to jeszcze sprawa otwarta. Jednak, jeśli zdecyduję się na to, żeby któryś z dotychczasowych singli znalazł się na płycie, to będzie to ostatni „Tysiąc mil”. Choć szczerze mówiąc wątpię, żeby tak się stało. Płyta to proces długotrwały, który kształtuje się miesiącami. Dotychczasowe moje single powstały jako pojedyncze kawałki, dlatego żaden z nich może nie pasować do klimatu, jaki chce zawrzeć na płycie.

W jakim klimacie będzie utrzymany krążek?

Płyta będzie miała tytuł „Smugi”. Każda z piosenek będzie odrębną smugą. Jakby odrębną chwilą, wyjętą z naszego życia. Każda inna od drugiej. Ale to, co łączy każdą smugę to przenikalność i ich kruchość. I to właśnie te cechy uosabiać będą rozmyte, jakby słyszane zza ściany dźwięki fortepianu oraz wiolonczeli, To na tych instrumentach oparta będzie cała płyta. Do tego konkretne bity, czasami nawet housowe brzmienia, które pozwolą – mam nadzieję – słuchaczowi przez tę płytę swobodnie przepłynąć.

Będą to wyłącznie autorskie piosenki, czy skusisz się na jakiś cover?

Wyłącznie autorskie. Na cover skuszę się zapewne przy okazji grania koncertów.



Ostatnio obrodziło w młodych, zdolnych wokalistów…Podsiadło, Zalewski, Szpak, Spenner, Sójka, Uniatowski… Jaki masz pomysł na siebie, by przebić się wśród tak dużej konkurencji?

Nie mam żadnego i to mnie przeraża. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach jestem produktem na który albo będzie popyt, albo nie. Moim jedynym pomysłem na mnie jest moja muzyka. Na tym wydaje mi się, że się co nieco znam.

To co śpiewasz i tworzysz, to jedno… Jakiej muzyki słuchasz, zamknięty w czterech ścianach własnego “M”?

Do własnego „M” to jeszcze długa droga przede mną 🙂 Ostatnio miałem okazje być w Warszawie na koncercie amerykańskiego zespołu Blue October. Dostałem prawie dwugodzinny zastrzyk inspiracji od niesamowitej osobowości scenicznej i duchowej stworzonej nie tylko przez obłędnie utalentowanego wokalistę, ale przez cały zespół. Wszystko w tym koncercie łączyło się ze sobą w jedną całość. Wzruszone i szczęśliwe głowy po koncercie mówiły wszystko. Życzyłbym sobie, umieć choć namiastkę tego, co tek nocy zobaczyłem i usłyszałem od zespołu Blue October.

Którzy wokaliści stanowią dla Ciebie największą inspirację?

No właśnie obecnie moją inspiracją jest Justin Furstenfeld – wokalista Blue October.

Sezon koncertowy powoli się rozpoczyna. Gdzie będziemy mogli Cię posłuchać w najbliższym czasie?

Jeśli chodzi o koncerty to chcielibyśmy na jesieni grać koncerty promocyjne nowego materiału. Do tego czasu muszę skupić się nad próbami i „wykończeniówką” w studio.



Zobacz więcej:

Facebook

YouTube

PODZIEL SIĘ
vice-Redaktor Naczelna --- Z Muzykoholikami związana na zawsze! Co tu robię? Spełniam marzenia! Wywiady, relacje, recenzje... pełen serwis! ---