[Recenzja] Caren Coltrane Crusade „The Bell”

Trzyosobowa formacja w składzie: Marzena Wrona, Marek Kaczerzewski oraz Piotr Abraham wykonywany gatunek muzyczny określa jako DIY – Do It Yourself.

CarenColtraneCrusade

W pierwszej piosence „The Bells” nie brakuje tytułów dzwonów. Wszystkie piosenki (jak i ta) są mroczne, a wokal Marzeny Wrony sprawia wrażenie rozpaczliwego wołania o pomoc. Następujące potem „The Kitchen Table” powstało w inspiracji wierszem E. A. Poe (część tekstu to wiersz tego poety). Piosenka jest już bardziej wytonowana od swojej poprzedniczki, jednak nie traci na mroczności znacznie nabierając pazura w końcowej części. „Unicorn” natomiast oczami wyobraźni przywołuje błądzącego jednorożca, którym może być właściwie każdy z nas. Podobne wrażenie zostawia następujące zaraz potem „Trace of human”, tylko że ta „zwierzęcość” nie jest już przejawem człowieczeństwa w ludzkości. Najlżejszą (jeśli można tak powiedzieć o którejkolwiek z piosenek) jest „To the heart of the bell”. Dla równowagi „Wars” jest propozycją najbardziej zbliżoną do rocka, której mroczność dodatkowo jest podbijana przez perkusję. Chociaż na płycie nie brakuje partii a’capella, takowych najwięcej jest w „Paradise days” – tło muzyczne w większej części ośmiominutowego utworu praktycznie nie istnieje, a ostatnia minuta to imitacja dźwięków…burzy. Piosenka kończąca płytę to „The end of all”, w której ponownie pojawia się przewodni motyw dzwoneczków.

„Koniec wszystkiego” jest końcem albumu Caren Coltrane Crusade, ale z pewnością nie jest końcem ich kariery. Nowatorskie podejście do muzyki, wokale w większości nagrane w dwugłosie oraz charakterystyczne aranżacje z pewnością mają duże szanse wyznaczyć nowy kierunek w muzyce alternatywnej.

Redakcja Muzykoholicy

Muzykoholicy.com | Miejsce Polskiej Muzyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *