„(…) tak zwyczajnie po ludzku, potrzebuję wydać tę płytę…” – Janek Traczyk w rozmowie z Naczelną Muzykoholików

Janek Traczyk… wokalista, kompozytor, autor tekstów, aktor, scenarzysta i to wszystko w jednej osobie! Swoich sił próbował m.in. na deskach kultowej Romy, na planach filmowych, serialowych, a także brał udział kilku talent show.

Tak, jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wszystkie myśli Janka kierowały się w stronę wydania debiutanckiej płyty. Już niebawem marzenie się ziści!

Zapraszam do lektury naszej rozmowy. Dowiecie się z niej między innymi, jak to wszystko się zaczęło, jak wyglądała praca nad krążkiem i jak się żyje ze świadomością, że wygląda się jak Matthew McConaughey.


Karolina Filarczyk

Janek Traczyk

Janek Traczyk — bardziej aktor, czy wokalista?
Haha, to ostatnio częste pytanie. Z wykształcenia wokalista — kompozytor. Z zawodu zdecydowanie częściej aktor — wokalista. Powiem tak: moje serce na zawsze będzie kochało teatr, ale miłość do tworzenia swoich rzeczy jest ponad wszystkim. W tej chwili dążę w nową stronę, po spełnione marzenia, po własne rzeczy.

Kiedy zauważyłeś, że muzyka, którą tworzysz, zaczyna podobać się innym?
Na moich pierwszych nastrojowych koncertach zacząłem z drżeniem wykonywać swoje piosenki i kiedy usłyszałem sporo komentarzy typu „jak wykonujesz swoje piosenki, to jest w tym inna magia, inna prawda”, zrozumiałem, że chyba tutaj tkwi moja droga.

Pamiętasz, w jakich okolicznościach odbył się twój pierwszy raz na scenie?
Jakieś takie występy szkolne, za dzieciaka jeszcze. Niewiele z tego pamiętam w sumie. Chyba się wtedy tym nie stresowałem. Szkoda, że teraz tak nie jest.

Masz na koncie wiele ról w musicalach. Występowałeś m.in. w warszawskim Teatrze Studio Buffo, teraz grasz główne role w Teatrze Muzyczny ROMA. Jak trafiłeś do tych teatrów?
Najprościej — casting, casting i jeszcze raz casting. Pierwszym udanym był ten do głównej roli w musicalu „Metro”. Wcześniej było kilka mniej udanych, ale od tego czasu zaczęła się dobra passa.

Twój autorski spektakl nosi tytuł „Byłem w Ameryce”. Jak długo zajęły Ci przygotowania do niego i skąd w ogóle wziął się pomysł na tę sztukę?
Wraz z moim przyjacielem Piotrem Orychem pracowaliśmy nad nim przez około jeden rok. Piotrek napisał wiele tekstów inspirowanych różnymi sytuacjami w życiu i z tego skleiła nam się historia, którą wspólnie ulepiliśmy w formę scenariusza. Potem jeszcze pewnie drugie tyle poświęciliśmy na to, żeby ten spektakl wyreżyserować we dwóch.

A jak z perspektywy czasu oceniasz występy w programach typu talent show takich jak Szansa na Sukces, The Voice of Poland i Must Be The Music? Który z tych programów, z perspektywy swojej kariery, oceniasz za najważniejszy i dlaczego?
Wspaniałe doświadczenia w Szansie na Sukces. Pierwsze chwile przed kamerą. Fantastyczny też był The Voice. To ogromne przeżycie, mnóstwo ludzi poznanych, mnóstwo nowych umiejętności. Myślę, że w kwestii jakiejś rozpoznawalności, to Voice był największą trampoliną, spośród wymienionych programów.

Nie korciło Cię czasem, by skręcić w stronę stricte aktorską? Podstawy masz doskonałe, wygląd też. Jak pierwszy raz odwiedziłam Twój profil na Facebooku, to pomyślałam: cholera, Matthew McConaughey.
Haha, a nie Robert Pattinson? Bo to też słyszałem. Anyway, bardzo mi miło. A tak serio, to nie uciekałbym w popłochu, gdyby ktoś zaproponował mi granie roli w filmie. Podejmując swoje decyzje życiowe, rozważając za i przeciw czuję, że to nie jest moja droga. Czuję, że śpiewanie swoich piosenek to jest kierunek, który do mnie pasuje najbardziej. I to jest moje największe marzenie.

Skoro zaczęliśmy mówić o aktorstwie, to musimy przywołać program „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Rozmawiałam z kilkoma uczestnikami tego show i każdy z nich twierdził, że udział w nim był dla nich jednym z największych wyzwań zawodowych. Jak oceniasz swój udział w tym programie i korzyści niematerialne związane z nim?
Haha, dokładnie tak samo. Liczba elementów, które trzeba tam połączyć ze sobą wydaje się niemożliwa do zrealizowania. Ruch, barwa głosu, mimika twarzy. Mimo silikonowych masek można bardzo wiele zrobić w kwestii mimiki, tylko trzeba się… nauczyć jak działa nowa twarz. Nie spodziewałem się, że odnajdę się w tym programie. Wydawało mi się, że może jestem zbyt mało zwariowany na co dzień, ale okazało się, że znalazłem tam swoje miejsce. Miałem sporo wcieleń takich bardziej subtelnych, romantyczno-buntowniczo-uczuciowych. W kilku przypadka też trochę zaszalałem i okazało się, że moja szalona natura, szczególnie na scenie, objawia się w całkiem pokaźnej formie.

Dużymi krokami zbliża się projekt, który, jak sam powiedziałeś, będzie nowy etapem w Twoim życiu. Mam oczywiście na myśli debiutancką płytę. Kiedy możemy spodziewać się premiery?
Premiera, wedle wszelkich przesłanek i przy sprzyjających wiatrach zmian w dzisiejszych dziwnych czasach, powinna mieć miejsce jeszcze w tym roku. Jest to nowy etap, zdecydowanie. Postawiłem na ten ruch zawodowy bardzo wiele. Jestem otoczony wspaniałymi ludźmi, prawdziwym zespołem do spełniania marzeń, którzy pomagają mi w wielu aspektach i szczerze wierzę w sukces tego przedsięwzięcia. Wydaje mi się też, że po prostu, tak zwyczajnie po ludzku, potrzebuję wydać tę płytę i poczuć się spełnionym artystą. Czekam na to już bardzo długo.

Na albumie pojawią się wyłącznie Twoje kompozycje?
Wyłącznie moje, aczkolwiek okraszone wspaniałymi produkcjami mojego producenta Marka Dziedzica.

Skąd czerpałeś inspiracje na tę płytę?
Przeważnie są to echa moich wydarzeń z przeszłości, ale niespodzianką może być, że na tej płycie znajdą się też piosenki, które powstały podczas lockdownu we współpracy m.in. z moimi fanami. Dostawałem mnóstwo tekstów, historii i opowieści, na podstawie których pisałem piosenki, brzydko nazwane „piosenkami na zamówienie”. To było moje główne zajęcie w tamtym czasie i powstawały z tego niesamowite rzeczy. Część z nich postanowiłem pokazać na płycie.

Singlem promującym album jest utwór „Na miłość przyjdzie czas”. Czy to aby na pewno jest piosenka o miłości?
Haha, zależy jak na to spojrzeć. Najbardziej w pigułce mówiąc, ta piosenka jest o tym, żeby nie bać się rzucić wszystkiego i dać się porwać chwili. Ale jest tam zawarta pewna historia, która naprawdę może być interpretowana na milion sposobów i chyba tak bym to zostawił.

W teledysku do tej piosenki ważną rolę odgrywa szafa, którą (uwaga, spoiler) na końcu palisz. Myślisz, że naprawdę można tak łatwo pozbyć się trudnych wspomnień?
I to pytanie jest również doskonałym dowodem na to, że także warstwa wizualna daje mnogość interpretacji. Para poznająca się w klipie jest poniekąd metaforą częstych w dzisiejszych czasach ludzkich relacji opartych na powierzchownym poznaniu drugiej osoby. Np. za pośrednictwem social mediów. Tak jak mówię, jest to tylko jedna z opcji interpretacji tego teledysku. Opcja wspomnień też jest interesująca.

Co z koncertami? W mediach społecznościowych występujesz niemal bez przerwy. A jak z występami na żywo? Kiedy będziemy mogli posłuchać nowego materiału?
Trzymajmy kciuki, aby na jesieni coś się już wydarzyło. A jak będzie źle, to może po nowym roku ruszę z porządną trasą z prawdziwego zdarzenia.

Na koniec chciałabym zapytać, co poradziłbyś młodym ludziom, którzy chcą spróbować swoich sił na scenie?
Ja zawsze polecam to samo. Przede wszystkim trzeba nad sobą pracować. Szlifować talent, rozwijać osobowość i pchać się, gdzie się da, żeby jak najwięcej występować. Trzeba też słuchać ludzi, którzy życzą nam dobrze.

Janek Traczyk / fot. zbiory własne artysty

One Comment

  1. Lidia

    My – wielbiciele, też już bardzo potrzebujemy tej płyty, a jeszcze bardziej tęsknimy za trasą koncertową. nie rozpieszcza nas ten rok, będziemy czekać i tęsknić do skutku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *