[WYWIAD] AvA: „Nieważne jaką sztukę tworzysz, sztuka zawsze łączy ludzi”

Marek Molak i Maciej Tarapacz – wokalista i perkusista zespołu AvA. W ich przypadku równie właściwe byłoby określenie: przyjaciele. W wywiadzie dla Muzykoholików opowiedzieli nam między innymi o tym, co łączy i różni branżę muzyczną oraz filmową, a także o pracy nad debiutanckim albumem, który niedawno się ukazał. Jaką rolę chcą grać?

AvA pyt

Natalia Zakolska: Wczoraj ukazała się wasza płyta. Jakie to uczucie?
Maciej Tarapacz: To jest finał pewnej fantastycznej przygody, która trwa prawie dziesięć lat. Dla mnie to jeden z celów, który chciałem osiągnąć, aby iść dalej. Obiecałem sobie, że jeżeli przed 30. urodzinami (a mam teraz 29 lat) ta płyta nie będzie w sklepach, to możliwe, abym zakończył działalność muzyczną. Udało się ten cel zrealizować, dzięki czemu jestem bardzo szczęśliwy!

NZ: Ostatnia deska ratunku?
MT:
Niekoniecznie, ponieważ nic nie działo się na siłę.
Marek Molak: Maciek jest muzykiem, który ma bardzo dużo propozycji także nagrań sesyjnych na płyty innych artystów. Dla niego nagrywanie płyt nie jest problemem. Chodzi o sfinalizowanie pewnego etapu z zespołem, który tworzysz od pewnego początku. Nasza płyta jest zamknięciem pewnego rozdziału.
MT: Zdarzały się nawet nagrania z bardziej znanymi zespołami, jak Kabanos.
MM: Jordan Rudess, klawiszowiec Dream Theater i Maciek razem brzmią w jednej piosence! To naprawdę sporo!
MT: W tym wszystkim naprawdę chodziło o to, że nie przyjmowałem propozycji stałego grania z innymi, chciałem zbudować coś od podstaw. Zespół powstał w 2007 roku, celem było zrobić coś samemu i wydać tę płytę. Mam nadzieję, że zostanie przyjęta w taki sposób, że będziemy mogli kontynuować przygodę. Minęły czasy, kiedy sprzedawała się każda płyta, która wychodziła. Było niewielu artystów, dzięki czemu mieli większą szansę przebicia. W tej chwili mamy wykonawców, którzy są produktami. Napisano im teksty, muzykę, przepchano w rozgłośniach radiowych i telewizji. Ludziom się to nie spodobało, ludzie mają teraz dostęp do muzyki, jaką chcą słuchać. To, co robisz, musi być dobre.
MM: Żyjemy w takim okresie, w którym wszystko masz podane na tacy. Aby wyłamać się ze schematu, który został przyjęty przez rynek muzyczny, trzeba wykazać się rzeczami, których inne gwiazdy, „produkty” nie pokazują. Wydaje mi się, że od początku byliśmy bardzo konsekwentni w tym, co robimy.
MT: Przynajmniej się staraliśmy, chłopaki czasem chcieli się wyłamywać…

NZ: Kiedy?
MM:
Ja na przykład jestem wychowany w duchu kalifornijsko – punkowej muzyki i Maciek musiał to we mnie tłamsić, co zresztą sam może ci potwierdzić (śmiech).
MT: Bardzo! Wystarczy dobrze wykręcić rękę i przechodzi od razu (śmiech).
MM: A na poważnie, byłem zwolennikiem systemu „trzy akordy, darcie mordy”. Muzyka Avy wymaga trochę więcej, jest pop – rockowa. Nie gramy muzyki progresywnej, jedna piosenka nie trwa dwudziestu minut. Tak naprawdę ta płyta to część nas. Wydając tę płytę udostępniliśmy światu zewnętrznemu pewne przeżycia, przemyślenia, które do tej pory były tylko dla nas.
MT: I teraz czekamy, jak ludzie to ocenią, wszystko zależy od nich, a nie od mediów. Odbiorcy są najważniejsi.
MM: Nagrać i wydać płytę nie jest problemem…

NZ: Jednak trochę to trwało, zespół istnieje od 2007 roku…
MM:
Abstrahując od pewnych roszad w składzie zespołu, które się pojawiały, chcieliśmy, aby materiał, jaki znajdzie się na płycie, był kompletny. Kompletny pod względem muzycznym, ale i aranżacji, warstwy tekstowej. Nawet sobie nie wyobrażasz przez jaką maszynę do mielenia pomysłów przeszły wszystkie piosenki, które się znalazły na tej płycie. Chociażby „Zegarmistrz” – powiedziałem, że nigdy w życiu nie będę tego grał, bo mi się nie podoba!

NZ: A jednak!
MM:
A jednak udało się znaleźć ten złoty środek. Nagrać piosenki, które nagle przyjdą ci do głowy, szybko je zaaranżować i zagrać – można to zrobić w miesiąc, trzy miesiące, rok. Ale jeżeli chcesz, aby to wszystko było naprawdę dopracowane, a przy okazji wyrażało ciebie, wymaga to więcej czasu. Jestem w zespole od siedmiu lat, na początku to było granie opierające się na szukaniu, trwało to bardzo długo. Staraliśmy się znaleźć consensus, dogadać się w kwestiach granej muzyki. Poza Avą, występuję w teatrze i serialu, wiąże się to z ogromem pracy. Maciek też pracuje przy filmie, to praca, która absorbuje.
MT: Poza tym był taki moment, gdzie nie wiedzieliśmy do końca, jak się zabrać za wydanie płyty. Rozmawialiśmy z wytwórniami, wygraliśmy kilka festiwali, mieliśmy możliwość wydać ją wcześniej. Jednak nie chcieliśmy tego robić wiedząc, że mamy tylko jedną szansę. MM: Nie chcieliśmy zgadzać się na rzeczy, które nie do końca nam odpowiadały. Nie wynikało to z naszej buńczuczności czy niezdrowego samozaparcia, ale z niewiedzy jak funkcjonuje rynek muzyczny. A żeby go poznać, trzeba trochę zębów na nim zjeść.

AvA

NZ: Jak byście porównali rynek muzyczny i filmowy?
MM:
Schematy są podobne, tylko ludzie są trochę inni.
MT: Ludzie, którzy siedzą w filmie, chcieliby być muzykami i odwrotnie (śmiech).

NZ: Wy to łączycie!
MT:
Akurat nam się udało. Jednak uważam, że wielu filmowców to niespełnieni muzycy!
MM: A muzycy to niespełnieni filmowcy (śmiech)!
MT: Oczywiście! Znam bardzo dużo takich osób.
MM: Obie branże są twórcze. A ludzie z branż twórczych mają ze sobą bardzo dużo wspólnych cech. Dostrzegłem to poznając ludzi studiujących na akademiach teatralnych, muzycznych czy na ASP. Nieważne jaką sztukę tworzysz, sztuka zawsze łączy ludzi.

NZ: Macie swoją ulubioną piosenkę na płycie?
MM:
Bardzo lubię piosenkę „Bawmy się”, jest to taka petarda, która idzie do przodu. Wynika to z tych moich kalifornijsko – punkowych naleciałości. Istną petardą będzie nasza druga płyta, tak pozamiata, że powybija słuchaczom zęby i będą musieli je zbierać z ziemi połamanymi rękoma (śmiech).
MT: To się wytnie!
MM: Nie wycinajcie, jesteśmy muzykami rockowymi i wolno nam mówić głupie rzeczy! The Rolling Stones jak przyjechali do Polski powiedzieli, że to najpiękniejszy kraj, w jakim byli, bo przywitali ich chlebem i kokainą (śmiech)!
MT: Tak było! A co do pytania… Ciężko powiedzieć. Te piosenki powstawały wiele lat, „Wiara” powstała dziewięć lat temu. Zmienia się ta „ulubiona” piosenka. W tej chwili moim faworytem jest „Anioł” i „Na przekór”, który notabene miał być tytułowym utworem, bo kiedyś nazywał się „Po drugiej stronie”. Zmieniliśmy tytuł, ponieważ nie chcieliśmy narzucać określonej piosenki, która miałaby opowiadać o całości albumu.
MM: Tak naprawdę wszystkie utwory są świetne, wszystkie kochamy i uwielbiamy!
MT: Każda matka kocha swoje dzieci!

NZ: Skoro niektóre utwory powstawały tak dawno, nie macie ich czasem dosyć?
MM:
Mamy!
MT: Ja nie (śmiech)!
MM: To jest tak, że rodzisz dziecko i potem je wychowujesz, kreujesz jego osobowość. To dziecko nigdy ci się nie znudzi. Dokładnie tak samo jest z utworami, które tworzysz.
MT: Jest utwór, trzeba go zagrać na próbie, wtedy nie zawsze nam się chce to robić. Ale już grając, nie myśli się o nim w kategorii „znowu to samo”.
MM: I nagle się okazuje, że wszyscy się przy tym świetnie bawimy, idzie to do przodu jak pociąg.
MT: Wsiadasz do brudnego samochodu, który naświniłeś rzeczami z różnych fast foodów, to jest twój brud, sam sobie naświniłeś i to jest twoje! Ciężko jest wsiąść, bo widzisz ten chlew, ale jak już wsiądziesz, jedzie się dobrze (śmiech).
MM: Czujesz się komfortowo we własnym brudzie (śmiech).

NZ: Kim jest ten gość, o którym śpiewacie w „Ile można tak”?
WSPÓLNIE:
Nie możemy powiedzieć.

NZ: Dlaczego?
MM:
Bo musielibyśmy wszystkich czytelników potem pozabijać (śmiech). Ja napisałem tę piosenkę, to jest historia gościa, z którym kiedyś bardzo wiele mnie łączyło. Nie mogę zdradzić więcej szczegółów. Osoby, które potrafią wyczuwać w tekście drugie dno na pewno zręcznie zorientują się o co chodzi.
MT: Wielu ludzi nie wie, że miał takie problemy, nie chcielibyśmy tego nagłaśniać. My go znaliśmy, wyciągaliśmy z tych rzeczy…

NZ: Zostając jednak w tematyce tekstów: „dzika we mnie chęć, żeby wam pokazać, kogo chcę dziś grać” – tak śpiewacie w piosence „Wiara”. Jaką rolę chcecie grać?
MT:
Każdy jest stworzony do odgrywania jakiejś roli…

NZ: A wy?
MM:
My odgrywamy rolę Avy (śmiech).
MT: Jesteśmy muzycznymi zwierzakami. Każdy idzie przez swoje życie ku jakiejś samorealizacji, przynajmniej tak mi się wydaje. Moim celem w życiu jest samorealizacja.
MM: Poza tym życie bez samorealizacji i bez dążenia do spełnienia, bez próby osiągnięcia momentu, w którym będziesz mogła sama sobie powiedzieć, że to jest to, że zrobiłam to, co chciałam zrobić, nie ma sensu. Nagrałem płytę, jaką chciałem nagrać. W twoim wypadku na przykład „zrobiłam karierę dziennikarki, marzyłam o tym całe życie i w końcu mi się to udało”. Każdy z nas dąży do osiągnięcia jakiegoś celu, mogą być wielkie, małe. Możesz wiedzieć tylko ty, albo możesz przedstawić je całemu światu. To nie ma znaczenia, jest nieistotne. Najważniejsze jest, żeby do tego dążyć. Dlatego we mnie jest dzika chęć. Za wszelką cenę będę dążyć do samorealizacji, osiągnąć cel.
MT: Żeby pokazać, kogo chcę dziś grać…
MM: Wszyscy zobaczycie. Teraz we mnie nie wierzycie, ale zobaczycie, że się uda.
MT: Żeby nie dawać się tłamsić. Mój tata był perkusistą, chociaż nigdy nie widziałem jak gra, bo zmarł jak miałem 12 lat. W wieku 16 lat usiadłem pierwszy raz za perkusją i zacząłem grać. Były to oczywiście proste rzeczy, ale mój nauczyciel nie chciał uwierzyć, że wcześniej nie grałem! Po prostu tata sprzedał mi to w genach.

NZ: Ty też masz to w genach?
MM:
U mnie nikt w rodzinie nie zajmował się niczym artystycznym. Były rzeczy ścisłe, oświatowe, ale nie artystyczne! Jestem takim bezczelnym gnojkiem, który się wyłamał ze schematu (śmiech).
MT: Może to nie byli twoi prawdziwi rodzice (śmiech)?
MM: Może moim ojcem jest Mick Jagger (śmiech)?

NZ: Od zawsze wiedzieliście, że chcecie być artystami?
MT:
Tak. Generalnie nie wiedzieć czemu, wszyscy są przekonani, że jesteśmy braćmi.
MM: W przypadku naszej znajomości nie zadziałało to, że Maciek mi w jakiś sposób zaimponował. Spotkaliśmy się przypadkowo na planie i okazało się, że nadajemy absolutnie na tych samych falach. Zanim poznałem Maćka, grałem już wcześniej w zespole Klinika. Miałem wtedy szesnaście lat, zacząłem grać trzy lata wcześniej. Byłem dzieciakiem. Możesz sobie wyobrazić, jak to było – idealnie pasował schemat „trzy akordy, darcie mordy”. Potem okazało się, że Maciek to jestem ja z przyszłości, tylko że bez mojej przeszłości (śmiech). Od samego początku wiedzieliśmy, że to będzie szło w tę stronę. Nie wiedzieliśmy tylko, ile czasu nam to zajmie i ilu wyrzeczeń będzie to wymagało. Byliśmy na to gotowi i wiedzieliśmy, że choćby skały s**ły, to się musi udać. Choćbyśmy mieli poświęcić wszystko, to tak zrobimy. Zrobimy to, bo wiemy, że warto o to walczyć.
MT: To jest powtarzanie cały czas tego samego: trzeba wiedzieć, co się chce w życiu robić. Ja wiedziałem odkąd skończyłem 5 lat: wiedziałem, że chcę uprawiać pięściarstwo. Bardzo długo boksowałem. Wiedziałem, że chcę być muzykiem, chcę grać na perkusji. I wiedziałem też, że chcę pracować w branży filmowej. Wszystkie te rzeczy spełniłem.
MM: Teraz możesz umrzeć spokojnie (śmiech).
MT: Ostatnim moim życzeniem jest, aby ludziom spodobały się nasze nagrania! A potem umieram (śmiech).
MM: Co będzie, jeśli się spodobają za 1,5 miesiąca (śmiech)?
MT: Potem będę umierał szczęśliwy! Nawet za 120 lat (śmiech)!
MM: Kokaina dobrze konserwuje, jak będziemy sławni, będziemy mieć jej pod dostatkiem (śmiech).
MT: To się też wytnie!
MM: Nieprawda, nic nie wycinaj!

AvA

NZ: Marek, od czego się zaczęło u ciebie? Poza „Barwami szczęścia” i Avą, był wcześniejszy zespół, grałeś w musicalu „Piotruś Pan” w Teatrze Roma, występowałeś w Teatrze Rozrywki w Chorzowie…
MM:
Widzę, że się przygotowałaś! Dosyć wcześnie zacząłem przejawiać muzyczne aspiracje. Bardzo dużo zawdzięczam mojej babci, która mnie wychowywała. Dostrzegła, że potrafię trochę śpiewać, lubię to robić, że mi to sprawia przyjemność. Zaprowadziła mnie na jeden, drugi casting i w końcu się udało. Potem zaczęła się samonapędzająca machina. Popychasz kulę ze śniegu, która spada wzdłuż po równi pochyłej i zaczyna nabierać tempa, masy. Dokładnie tak samo było ze mną. Nie wyobrażam sobie, żebym robił cokolwiek innego w życiu! Mogę robić inne rzeczy, ale zawsze granie, muzyka, samorealizacja twórcza, artystyczna będzie na pierwszym miejscu. Jak ja to pięknie powiedziałem, jesteś ze mnie dumny (śmiech)?
MT: Tak, ale przy nabieraniu tej kuli stwierdzam, że ty z wiekiem nabierasz masy.
MM: To się wytnie! Jestem też trenerem personalnym, zapraszam na treningi (śmiech)!
MT: To ja poproszę!
MM: A odnośnie zespołu, wszyscy jesteśmy konsekwentni, jeśli powiedzieliśmy A, lecimy dalej cały alfabet…

NZ: Jak wygląda wasza codzienna współpraca? Marek mieszka w Bytomiu, reszta zespołu w Warszawie…
MM:
Moja praca nie jest unormowana żadnymi stałymi godzinami, nie muszę wypracować określonej ilości dni w miesiącu. Jest to poniekąd wygodne, ale z drugiej strony bywa kwestią problematyczną.

NZ: Musicie się zgrać jako zespół.
MT:
Marek w Warszawie jest mniej więcej raz na tydzień, więc udaje nam się robić próby w pełnym składzie przynajmniej raz w tygodniu. Bez Marka spotykamy się też przynajmniej jeszcze jeden raz tygodniowo. Także wbrew pozorom ta współpraca nie jest taka trudna! Marek w Warszawie jest nawet czasami za często, bo jak przyjeżdża, mieszka u mnie, więc miewam go już dosyć (śmiech). Mamy taką relację tatusiowo – synkową (śmiech).
MM: Nie da się zaprzeczyć, jestem nawet w twojej koszulce! A co do prób, nawet jeżeli kogoś nie ma danego dnia z nami, nie jest to problem. Często robimy wtedy jakieś pierwsze próby aranżacyjne nad nowymi piosenkami. Nikt nie robi tego sam, wszystko wychodzi na próbach. Wszystkie pomysły przechodzą przez prawdziwą maszynę do mielenia. To nie jest tak, że odpalasz maszynkę i za dziesięć minut masz gotowy produkt. Często jest tak, że chłopaki beze mnie opracują jakiś utwór, słyszę go na próbie, coś mi się nie podoba, więc sugeruję to reszcie. Oni coś zmienią podążając za moją sugestią, potem ja coś zmienię jeszcze w swojej aranżacji i finalnie wychodzi coś innego.
MT: Trzymamy się jako grupa. Założyłem ten zespół, więc staram się zapanować nad wszystkimi temperamentami…
MM: To nie jest tak, że zdanie Maćka jest zdaniem absolutnym! Jest założycielem, ojcem chrzestnym zespołu i pilnuje konsekwencji. Ale przy tym niczego nam nie narzuca. Mówię tak tylko dlatego, bo siedzi obok (śmiech).
MT: Czasami trzeba zająć stanowisko, bo…
MM: To jest zespół rockowy, wszyscy mamy trochę frywolne, rock’n’rollowe dusze i musi być ktoś, kto będzie to trzymał sztywną ręką. I to jest normalne, potrzebne, bo inaczej niczego byśmy nie dokończyli mając tysiąc pomysłów na minutę.
MT: Absolutnie nie daję chłopakom odczuć tego porządku. Jesteśmy przede wszystkim kumplami, rodziną. Niektóre rzeczy czasami trzeba wziąć na klatę i podejmować decyzje. Trzeba działać.
MM: Jeżeli chcesz coś osiągnąć, to musisz być konsekwentna i przeć do przodu. Często jest tak, że pewne rzeczy nie do końca ci się podobają i dochodzisz do tego punktu, w którym myślisz sobie: „nie wiem, muszę się z tym przespać”. Potrzebny jest wtedy taki bodziec, który powie, że nie ma spania, nie ma myślenia, trzeba to zrobić i już, tak ma być! I tak wygląda relacja u nas w zespole. Poza tym wszyscy kochamy Maćka, bo jest przystojny i ma fajny tyłek (śmiech).
MT: (śmiech)

NZ: Jakie są wasze najbliższe plany?
MT:
Chcielibyśmy, aby rozgłośnie radiowe grały nasze piosenki. Mamy nadzieję, że uda się całe wakacje pograć koncerty, być może do jesieni…
MM: A ja chcę mieć sportowy samochód, w którym będę ćwiczył zimny łokieć (śmiech). To później, najpierw trasa, ale fajnie byłoby pojechać w nią jakimś fajnym samochodem (śmiech). A już na poważnie, planujemy dużo koncertów, forsowanie piosenek do radia i rozpragowanie tego materiału na jak najszerszą skalę.
MT: Prowadzimy już rozmowy z radiem, chcą nas grać!

NZ: Na poprzednim koncercie graliście już piosenki, które przewidujecie nagrać na drugą płytę…
MT:
Jesienią chcemy wejść do studia nagrywać kolejny materiał, pracujemy nad nim.
MM: Nasza pierwsza płyta „Po Drugiej Stronie” ukazała się dopiero po dwóch latach od nagrania. Myślę, że ten czas był potrzebny tej płycie.
MT: Już pierwsze nagrania wokalu trzeba było powtórzyć, bo Marek był chory i nie wyszło to najlepiej. Do tego doszły jeszcze problemy w studiu nagraniowym oraz w serialu, w którym Marek występuje, gdzie poszła licencja na płytę. Nie da się ukryć, że „Barwy szczęścia” pomagają nam w promocji.

NZ: Twój bohater jest tam też wokalistą.
MM:
A zespół wykonuje piosenki zespołu AvA. Jesteśmy i tak zamieszani w ten serial. A jest to dla nas promocja!
MT: Musieliśmy poczekać aż w wątku serialowym powróci wątek muzyczny. Zebrało się kilka rzeczy, które musiały się ze sobą w pewnym momencie zgodzić. Dopiero wtedy mogliśmy wydać płytę. Ten moment nadszedł i lepiej nie mogliśmy trafić.
MM: I pozdrawiamy producenta naszej płyty Piotrka Szumskiego (śmiech)!

NZ: Czego wam życzyć na zakończenie?
MT:
Tego, żeby płyta się przyjęła.
MM: I Porshe.
MT: Nie możemy chyba tego powiedzieć, bo to będzie reklama.
MM: I sportowego samochodu ze Stuttgartu (śmiech)!
MT: Tak lepiej (śmiech)!

NZ: I tego wam życzę, dzięki za rozmowę!

Redakcja Muzykoholicy

Muzykoholicy.com | Miejsce Polskiej Muzyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *