[WYWIAD] Cukierki: „Niech przewodnia będzie muzyka, niech to ona będzie wartością nadrzędną”

Cukierki to nie tylko rodzaj słodyczy. To także dwuosobowy zespół wykonujący muzykę elektroniczną. Mateusz Rusin, chociaż jest aktorem kojarzonym głównie z serialu Ranczo i z Kabaretu na Koniec Świata, jest też wokalistą i muzykiem. Przemek „Dred” Pietrzak współpracował natomiast z takimi zespołami jak Hurt, Afromental czy obecnie My Riot. W wywiadzie dla Muzykoholików opowiedzieli m.in. o wspólnej pracy nad muzyką. Co łączy cukierki i Malucha? Jakie cukierki lubią Cukierki?

Mateusz Rusin i Przemek Pietrzak
Mateusz Rusin i Przemek Pietrzak

Natalia Zakolska: Na waszej stronie można przeczytać, że „zespół Cukierki powstał wieczorem 18 lutego 2015 roku”. Brzmi ciekawie, jak to było?
Mateusz Rusin:
Spotkaliśmy się i zaczęliśmy wymyślać różne rzeczy… Przyjemnie spotkanie, no i przyjemne jego efekty. Pamiętam, że spotkaliśmy się będąc po podróżach.
Przemek Pietrzak: Akurat wróciłem ze Stanów. Usiedliśmy, pogadaliśmy, Mateusz włączył coś swojego. Ja z szuflady wyciągnąłem coś, co leżało, a było totalnie podobne. I tak to się zaczęło.

NZ: Można powiedzieć, że niedługo pierwsza rocznica istnienia zespołu. Planujecie coś specjalnego z tej okazji?
MR:
Dzisiejszy koncert jest wyjątkowy! Poza tym mamy już materiał na płytę i lada dzień będziemy ją miksować.
PP: Mamy już 20 piosenek, jeszcze więcej pomysłów.
MR: Zastanawiamy się jeszcze nad wyborem konkretnych piosenek.
PP: W wakacje wydaliśmy EP-kę, zostało tylko kilka sztuk. Szukamy wydawcy, który wyda naszą płytę, mam nadzieję, że znajdziemy. Ostatnimi czasy jesteśmy bardzo zabiegani. Mateusz jest aktorem, ja nie jestem aktorem (śmiech), ale robię różne inne rzeczy.
MR: Ja chodzę spać, on nie chodzi spać (śmiech).
PP: Wymieniamy się (śmiech)! Ale płyta jest zdecydowanie naszym planem na celebrację tej rocznicy. Chcielibyśmy wydać ją już w marcu. Poza tym dokładnie 18 lutego z okazji rocznicy jadę na wakacje (śmiech)!

NZ: Nazywacie się Cukierki, wasza EP-ka zatytułowana jest „Radość”. Jednak mam wrażenie, że wasze teksty są w dużej mierze raczej słodko – gorzkie…
MR:
Nie chce mi się śpiewać „jest zajeb…e” czterdzieści razy. Korzystam z tego, że język jest bogaty. Może te teksty są trochę słodko – gorzkie, jednak w muzyce wolałbym szukać czegoś bardziej skomplikowanego. Sama struktura muzyki jest matematyczna i rozbijanie tego słowem, które zgrzyta, jest ciekawe, jest czymś innym.

NZ: Skąd żółty Maluch na okładce?
PP:
Z okazji rocznicy!
MR: Przede wszystkim jesteśmy z Polski, nie kryjemy się z tym. Maluch jest bardzo kojarzony z naszym krajem, każdy go zna, ma do niego sentyment. Tak samo masz sentyment do cukierków, każdy ma swoje ulubione. Wydaje mi się, że każdy wie, co to cukierki, jak smakują, od razu ma skojarzenia z nimi. Tak samo jest z Maluchem. Żółty, słoneczny Maluch jest też taki słodko – gorzki, nasz jest obryzgany (śmiech). Taka jest nasza muzyka.

Cukierki plyta

NZ: Jakie są wasze ulubione cukierki?
PP:
Cukierki czy słodycze?

NZ: Może i cukierki, i słodycze.
PP:
Marzeniem mojego życia jest, aby Snickers wypuścił znowu krem taki, jak Nutella. Jadłem to całymi łyżkami, niestety nie ma tego już nigdzie na świecie. A z cukierków chyba najbardziej lubię krówki. Mamy trochę własnych, Cukierkowych, podjadam je w domu.
MR: Ja lubię Michałki.
PP: Białe.
MR: Białych nie jadłem. Ale wiem, że Michałki są ze Śnieżki z moich rodzinnych Świebodzic!
PP: Wszystkie są dobre, wszystko, co słodkie, jest genialne.

NZ: Jak się tworzy zespół dwuosobowy, gdzie rozkład sił jest „pół na pół”?
PP:
To jest bardzo proste, ktoś mówi „tak”, ktoś mówi „nie” i rozmawiamy. W przypadku, gdy masz trzy osoby, jedna mówi „tak”, a dwie pozostałe „nie”, to masz pozamiatane. A my możemy negocjować.
MR: Nie napinamy się. Nie musimy zdobyć świata, my go zdobędziemy i tyle. Nikt nam za plecami nie mówi „masz zrobić tak czy inaczej”. Jak mamy ochotę to się spotykamy, tworzymy, gramy koncerty, ludzie przychodzą i jest fajnie.

NZ: Zupełnie inną muzykę wykonujesz w Cukierkach, inna wiąże się z Rusin&Trebuchet, jeszcze inne piosenki śpiewasz w Kabarecie na Koniec Świata czy w Teatrze Narodowym. Czy jest jakiś rodzaj muzyki, z którym nie chciałbyś mieć wiele wspólnego?
MR:
Tak, śpiew japoński. Nie wiem nawet za dobrze, co to jest za śpiew. W jednej piosence próbowaliśmy jakoś go wprowadzić, aby zafunkcjonował, ale ani razu nam to się nie udało. Łatwo ocenić, czy jest czysto, ale gorzej z akcentem (śmiech)!

NZ: A w czym się czujesz najlepiej?
MR:
W japońskim (śmiech)! Jest jeden fajny dialekt: „hukali”.
PP: „Hukali po polu i pili kakao” (śmiech)!
MR: (śmiech)
NZ: (śmiech)
MR:
Po prostu lubię śpiewać!

NZ: Śpiewacie trochę po polsku, trochę po angielsku… Od czego to zależy?
PP:
Nie do końca umiemy polski, nie do końca angielski…
MR: Niektóre kawałki są w połowie polskie, w połowie angielskie. Mieszane.

NZ: Mieszanka wybuchowa.
PP:
Taka słodko – kwaśna mieszanka polsko – angielska. Jeszcze myślimy nad niemieckim, ale to jest ciężkie…

(W tej chwili Mateusz wychodzi, rozmawiam chwilę tylko z Przemkiem.)
PP: Trzeba powiedzieć, że w tej chwili Mateusz Rusin jest operatorem światła i daje po oczach.
MR: Spokojnie!
PP: Ja jestem realizatorem dźwięku, Mateusz jest realizatorem światła, to są trochę nasze „koniki”. Różnie to wychodzi.

NZ: Jako jedyny prowadzisz też mobilne studio nagraniowe – skąd taki pomysł?
PP:
Zaczęło się od tego, że miałem przez lata prawdziwe, normalne studio. Było fajnie, ale muzycy przychodzili, wychodzili, jedni musieli jechać po dzieci, inni do pracy… Ale dzięki temu też poznaliśmy się z Mateuszem, nagrywał u mnie płytę Rusin&Trebuchet. Wyjechaliśmy na tydzień na wieś pod Radom do domu naszego przyjaciela Wojtka Gumińskiego. Fajne jest to, że możesz nagrywać w dowolnym miejscu, w każej chwili iść na przykład na spacer do lasu. Wytwarza się fenomenalna twórcza atmosfera, luz. Możesz wziąć sprzęt, dowolnych ludzi i wyjechać. Nie myślisz, że musisz nagrywać w tym czy innym studiu, możesz nagrywać, gdzie chcesz. Już Stonesi wynajmowali pałace we Francji, Nirvana też nagrywała mobilnie! Ja sam właśnie na Pradze skończyłem nagrywać płytę, która będzie genialna, pakuję sprzęt i jadę dalej.

NZ: Twój pseudonim to Dred. Gdzie zatem zgubiłeś dredy? 🙂
PP:
Kiedyś miałem dredy do pasa, jak Max Cavalera. Ale to były czasy, kiedy aparaty cyfrowe dopiero raczkowały, więc znalezienie takiego zdjęcia to prawdziwy biały kruk. Dużo bym dał jakby ktoś takie znalazł.

NZ: Co z Trebuchetem?
MR:
To jest dobre pytanie… Tak naprawdę z Cukierkami też praktycznie od jakiegoś czasu nie mamy prób. Akurat tak się jakoś stało, że mam ostatnio swoje „pięć minut” w aktorstwie, dużo się dzieje, na pierwszym miejscu jest teatr. Jestem na etacie w Teatrze Narodowym, przez co jestem terminowo zależny od instytucji. Ostatnio chodzę z premiery na premierę, z Dredem nie mamy czasu się spotykać. Trasa z Cukierkami wygląda tak, że dzisiaj przegraliśmy materiał, bo dawno się nie widzieliśmy, a jesteśmy przed koncertem.
PP: Ostatnią normalną próbę mieliśmy dwa tygodnie temu. W międzyczasie Mateusz miał premiery, ja inne nagrania…
MR: Nigdy nic nie wiadomo. Jak będę w gorszej sytuacji z aktorstwem, na pewno będzie więcej czasu dla muzyki, naturalnie wznowimy próby.
PP: To też jest plus duetu nad większym zespołem: dwie osoby muszą zgrać kalendarze, a nie na przykład pięć. I możemy robić próby w domu, a nie w salce.

NZ: Czy umiejętności nabyte przez aktorstwo wykorzystujesz jakoś na scenie muzycznej?
MR:
Nie, ani razu! Nie mam stresu związanego z występami publicznymi, ale też nie chciałbym mówić, że nie uprawiam piosenki aktorskiej.

NZ: Trebuchet jest lekko aktorski, poetycki…
MR:
Bardziej poetycki, literacki. Piosenka aktorska jest rzeczą, w której nie jestem dobry. Wolę albo śpiewać, albo grać, robienie czegoś pomiędzy nie jest fajne. Można to robić, są ludzie, którzy robią to świetnie, natomiast ja tęsknię za muzyką. Tęsknię za tym, że kiedy tworzy się muzyka, tworzą się dźwięki, to niech to będzie muzyka i dźwięki, kompozycja, nic więcej. Nie chcę dogrywać pewnych rzeczy jako aktor. Są oczywiście wokaliści, którzy przeżywają swoje piosenki i są przede wszystkim muzykami. Wtedy aktorstwo jest naturalną rzeczą, bo występują dla dwóch tysięcy ludzi i tworzą kreacje. Jeżeli będziemy występować dla dwóch tysięcy osób, to wykorzystam umiejętności aktorskie. Teraz jednak gramy przede wszystkim w klubach i niech przewodnia będzie muzyka, niech to ona będzie wartością nadrzędną.

NZ: Co w muzyce jest dla was najważniejsze?
PP:
Muzyka.
MR: Nie mam nic więcej do dodania.

NZ: Bycie Cukierkiem to trochę bycie DJ-em?
PP:
W żadnym wypadku, dlaczego?

NZ: Obsługujecie dużo sprzętu…
MR:
Chciałbym wychodzić z takiego podejścia. Pierwotny plan był taki, że dzięki temu zagramy wszędzie. Z drugiej strony pomyśleliśmy: nie możemy grać wszędzie, bo nie jesteśmy DJ-ami. Nie gramy na dyskotekach.
PP: Poza tym DJ gra z gotowej płyty, gotowego podkładu.
MR: Mamy jakieś ślady do zagrania… Przykładowo: mamy 40 śladów. 20 z nich jest nagranych, a resztę tworzymy na bieżąco. Albo są piosenki grane zupełnie od zera.
PP: Nie unikamy improwizacji.
MR: Dlatego nazwałbym to (jest takie modne określenie): live act. Elektroniczne granie na żywo. Ma to jakiś związek z DJ-ką, ale to cały czas ewoluuje…
PP: Na początku graliśmy na jednym klawiszu, a teraz wykorzystujemy wiele różnych efektów, mamy swój mikser, wszystko jest spięte. Uczymy się tego wszystkiego na nowo. Mateusz został też perkusistą, gra na bębnach. Przygotowujemy się do tego, aby wykorzystywać sprzęt w stu procentach, a nie tylko w trzydziestu.
MR: To też jest nasz cel. Chcemy nauczyć się grać jak najlepiej na tym, co mamy, nie chcemy niczego dokupować. Muszę się skupić na poznaniu tego, co jest…
PP: Ale będziemy się rozwijać!
MR: Obiecujemy!
PP: Obiecujemy! Za rok w sali, w której jesteśmy, zabraknie miejsca dla ludzi! Zresztą podobno z wiekiem się rośnie…

NZ: Podobno muzyk, artysta to wieczne dziecko?
PP:
Muzyk to kierowca z własnym programem artystycznym. Ale czy wieczne dziecko? Faceci są gadżeciarzami, uwielbiają to. Tu jakieś kable dla jednego brzmienia, tam inne… To nasza pasja. Kochamy to, co robimy, jakoś z tego żyjemy, jednak wciąż to przede wszystkim pasja. Jesteśmy bardzo szczęśliwi!
MR: Tak, ogromną radością jest to, że można sobie po prostu tworzyć. Można powiedzieć, że jesteśmy już w takim momencie, że pomyślimy w głowie nad jakimś dźwiękiem, są instrumenty, możliwości do tego, żeby go zrealizować.

NZ: Czego wam życzyć na zakończenie?
MR:
Ja bym sobie życzył dużych koncertów, wielu ludzi na nich. Chciałbym, abyśmy ruszyli z trasą, z koncertami, żeby słuchało nas jak najwięcej osób.
PP: Przydałby się ktoś, kto mógłby się nami zająć. Samemu ciężko jest wszystko robić. Chciałbym, aby pojawił się ktoś, kto nam pomoże.
MR: Taka dobra dusza!
PP: Manager, który będzie dzwonił po wszystkich festiwalach i nas tam przemycał. Odzew od ludzi jest bardzo dobry. Nawet od mojego brata, który jest bardzo ostry w opiniach, a powiedział, że to, co robimy, jest przyszłościowe. Bardzo mocno w to wierzymy. Chcemy dostać się na największe festiwale, mieć wydawcę i wydać płytę. A może sami ją wydamy? Nie wiem, zobaczymy. Przede wszystkim chcemy robić muzykę, żeby dotarła do jak największej ilości odbiorców. To jest dla nas priorytet i tego sobie życzymy. I żeby sprzęt zawsze działał, żeby sygnał był dobry, żeby nie sprzęgało, żeby zawsze był prąd (śmiech)…
MR: I żeby ciepło było.
PP: Tak, cieplej. Uciekaj burzo, uciekaj zimo… I życzymy sobie, żebyśmy zawsze byli młodzi, bogaci, sławni… Co jeszcze?
MR: Wystarczy.
PP: Niepotrzebne skreślić!

NZ: I tak wam życzę tego wszystkiego! Dziękuję za rozmowę.

Cukierki 2

Redakcja Muzykoholicy

Muzykoholicy.com | Miejsce Polskiej Muzyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *