[WYWIAD] Kombi: „Takie jest zamierzenie całej płyty, chcemy dać ludziom nadzieję, optymizm, radość”

Zespół Kombi obchodzi 40-lecie istnienia. Z tej okazji ukazała się jubileuszowa płyta „Nowy Album”. Ciekawostki o niej oraz o zespole opowiedział nam lider zespołu Sławomir Łosowski, wokalista Zbigniew Fil oraz manager Wojciech Korzeniewski.

Kombi
Kombi

Natalia Zakolska: Właśnie ukazała się płyta będąca uczczeniem jubileuszu 40-lecia istnienia KOMBI. Jak podsumowałby pan ten czas?
Sławomir Łosowski:
KOMBI to dorobek mojego życia. To bardzo długi czas, który minął mi bardzo szybko. To ponad milion płyt, co najmniej ze dwa tysiące koncertów w Polsce i wielu krajach. Świętujemy 40-lecie KOMBI, bo zespół gra pod tym szyldem od 1976 roku. Ale założyłem go znacznie wcześniej bo w 1969 roku pod pierwszą nazwą AKCENTY. W całym tym okresie przyjąłem do zespołu 21 muzyków. Wydaliśmy 8 albumów studyjnych i 3 live. Wydaliśmy też wiele singli i składanek „The best of”. A co do płyty, to jubileuszowy rok chcieliśmy zaakcentować nową muzyką. Stąd album z premierowymi utworami. Wypuściliśmy dwa single, cała reszta była owiana tajemnicą do dnia premiery.

NZ: Spodziewał się pan, że KOMBI zaistnieje na tak długo?
SŁ:
W młodości nie myślałem o takich rzeczach, chciałem grać, grać i grać… Zespół założyłem mając 18 lat. Byłem pasjonatem grania, ale w międzyczasie założyłem rodzinę, muzyka i życie prywatne przeplatały się ze sobą. W 1976 roku zmieniłem nazwę zespołu na KOMBI i wtedy też nie wyobrażałem sobie świętowania 40-lecia. Już 10-lecie wydawało mi się bardzo odległą perspektywą. KOMBI w latach 80. stało się jedną z najpopularniejszych polskich grup. Na początku lat 90. zawiesiłem zespół z powodów osobistych. W 2004 roku wróciliśmy na scenę. Graliśmy koncerty i wydaliśmy dwa albumy. Teraz świętujemy 40-lecie a płyta „Nowy Album” otwiera nasz kolejny nowy rozdział.

NZ: Na płycie jest też piosenka zatytułowana „Nowy rozdział”.
SŁ:
Nie sugerowałem tego tytułu autorowi tekstu Jackowi Cyganowi. On sam nadał go piosence, nawiązując do naszej legendarnej płyty. Tytuł ten jest symboliczny, zważywszy na różne obecnie nam towarzyszące okoliczności, a sam album jest zarówno pewnym podsumowaniem historii KOMBI, jak i otwarciem na przyszłość. W piosence są brzmieniowe cytaty z albumu „Nowy rozdział”. To nie był dla mnie problem nagrać je, bo cały czas gramy na koncertach utwory z tego albumu, a ja mam te same instrumenty i te same brzmienia. W całym albumie mamy 9 nowych piosenek, które zaśpiewał nasz wokalista Zbyszek Fil. Jest w zespole od dziesięciu lat i swoim świetnym wokalem nadał starym hitom nową jakość. Ale przede wszystkim wiele wnosi do naszej nowej muzyki. Płyta jest osadzona w historii muzycznej zespołu. Są bębny akustyczne i elektroniczne, jest gitara basowa i bas syntezatorowy. Jest też gitara elektryczna. Muzyka KOMBI, jak wiadomo, oparta jest głównie na klawiszach. Są to przede wszystkim stare analogowe syntezatory i moje własne sample. To żywa muzyka elektronowa.

NZ: Jak wspomina pan pierwszy koncert pod nazwą KOMBI?
SŁ:
To był koncert w audycji na żywo Radia Gdańsk, do której zostaliśmy zaproszeni jeszcze jako zespół AKCENTY. Wtedy właśnie zmieniłem nazwę na KOMBI. W tamtych czasach rzadko zdarzały się koncertowe audycje na żywo. Były zbyt duże obawy władz, że ktoś wyskoczy z krzykiem „precz z komuną” (śmiech)! Chociaż był plebiscyt na nową nazwę dla nas, nazwa KOMBI była przygotowana już wcześniej. Przygotowałem ją, bo przeczuwałem, że mogą być takie śmieszne pomysły od słuchaczy, że jeśli któryś z nich przyjmę, to będę się potem wstydził do końca życia (śmiech). Wraz ze zmianą nazwy, zmieniła się też muzyka, wróciłem do rockowych korzeni. AKCENTY były z pogranicza jazzu i elektroniki…

NZ: A potem była pierwsza płyta…
SŁ:
Pierwszy był singiel. Wydany przez Tonpress w 1979 roku. Wcześniej przez trzy lata prawie nikt nie wiedział, co to jest KOMBI! Dopiero mozolna praca przyniosła efekty. Pierwszy LP nosił tytuł po prostu KOMBI. Nagrywaliśmy wtedy bardzo różnorodne utwory: instrumentale „Wspomnienia z pleneru”, „Oczekiwanie na odlot”, były piosenki „Przytul mnie”, rockowy „Hotel Twoich snów” czy funkowe „Jak ja to wytrzymam”. Potem była nasza druga płyta „Królowie życia”. Nadal muzyka była bardzo zróżnicowana stylistycznie. Był na niej instrumental „Bez ograniczeń energii”, który stał się sygnałem programu 5-10-15! Były piosenki rockowe i popowe. A więc w pierwszych latach muzyka była nieco „roztrzepana”, szukałem jeszcze swojego stylu, jakiegoś charakterystycznego brzmienia dla KOMBI. Wiązało się to też z zakupem odpowiedniego instrumentarium. Na początku nie było mnie stać na zachodnie instrumenty. Potem w miarę kolejnych lat je kupowałem. Dobre instrumenty dawały mi coraz więcej możliwości. Ostatecznie styl KOMBI ukształtował się na płycie „Nowy Rozdział”. Album odniósł wielki sukces. Ludzie ustawiali się w kolejki, żeby kupić tę płytę! Mam nadzieję, że sukces spotka także nasz „Nowy Album”. Tym razem jestem jedynym kompozytorem muzyki. Na wcześniejszych albumach znajdowały się także kompozycje innych ówczesnych muzyków KOMBI.

NZ: Takim przykładem jest popularny „Hotel twoich snów” skomponowany przez Grzegorza Skawińskiego.
SŁ:
Z naszej pierwszej płyty. Jest to bardzo dobry, rockowy numer. Autorem tekstu jest Marek Dutkiewicz. Wtedy hotel Victoria, a dzisiejszy Sofitel, nie był otoczony tyloma pięknymi budynkami. Był to jedyny hotel o światowym standardzie. Najpierw powstała piosenka, a potem mówiłem naszym managerom: panowie, idźcie do tego hotelu, albo wyciągnijcie od nich pieniądze za reklamę, albo zróbmy tam koncert (śmiech).
(W tym momencie do rozmowy dołącza manager KOMBI Wojciech Korzeniewski.)
Wojciech Korzeniewski: Przekonaliśmy hotel do tego pomysłu: my zrobimy show, a wy zapewnicie nocleg, dobry bankiet dla zaproszonych gości i salę, gdzie będziemy mogli dla nich zagrać. Zrobiliśmy wtedy koncert, jedyny tego typu w tamtych czasach. Piękny hotel, przepiękna sala, wielu ludzi z branży i dziennikarzy, a na koniec bankiet na takim poziomie, o jakim nikomu się nie marzyło. Nagle wszystkich „powaliliśmy na kolana” pokazując, że jest taki zespół jak KOMBI!
SŁ: Nie „powaliliśmy na kolana”, tylko po prostu zrobiliśmy dobre wrażenie!
WK: Zrobiliśmy dobre wrażenie (śmiech)! Do tego zadbaliśmy o oprawę graficzną plakatów, folderów, zaproszeń. Pomógł nam znany fotograf Tomek Tomaszewski i jego żona, Małgorzata Niezabitowska, która była na tych plakatach modelką.

NZ: A jak pan wspomina swoje początki w zespole?
Zbigniew Fil:
Akurat kończyłem studia na krakowskiej Akademii Muzycznej, jestem z wykształcenia muzykiem smyczkowym. Różne dziwne rzeczy robiłem w życiu (śmiech). Grając na altówce współpracowałem z basistą Wojtkiem Pilichowskim. Równolegle współpracowałem też z Wojtkiem Olszakiem. Dzięki nim poznałem Tomka, syna Sławka, a zarazem perkusistę KOMBI. Któregoś dnia siedziałem w sali ćwiczeń na Akademii, jak zadzwonił do mnie Tomek. Powiedział, że Sławek szuka wokalisty, a że słyszał jak śpiewałem u Wojtka Olszaka, pomyślał o mnie! Zaproponował, że da Sławkowi mój numer, umówimy się na przesłuchanie. Zgodziłem się, pojechałem do Sławka do Gdańska i zostałem w zespole!

NZ: A pierwszy koncert?
ZF:
Zagraliśmy go w Łebie 15 sierpnia 2005 roku. Od razu zaćmiło mnie na widok legendarnych klawiszy Sławka (śmiech). Zagraliśmy parę utworów głównie z lat 80., ponieważ nie mieliśmy jeszcze za sobą wspólnej pracy twórczej.

NZ: Nie bał się pan porównań do Grzegorza Skawińskiego?
ZF:
Pewnie, że się bałem! Porównania były nieuniknione przy takiej zmianie. Bardziej bałem się przyjęcia przez fanów zespołu, którzy doskonale pamiętali czasy z Grzegorzem. Nie wiedziałem, czy będzie zgrzyt i gwizd, czy nie. Na szczęście było bardzo fajnie, dodało mi to skrzydeł! I chyba do tej pory tak jest (śmiech).

NZ: Singiel z najnowszej płyty „Na dobre dni” ma być wróżbą na dobre dni?
SŁ:
To nie wróżba a konkretne przesłanie, „to jasne jak dwa razy dwa że idzie lepszy rok”. Lepszy rok dla wszystkich i dla KOMBI. Takie jest zamierzenie całej płyty, chcemy dać ludziom nadzieję, optymizm, radość. Wcześniejszym singlem była piosenka „Jaki jest wolności smak”. To poważna piosenka z poważnym tekstem o walce o wolność. Skomponowałem ją poruszony dramatycznymi wydarzeniami na Majdanie Kijowskim na początku 2014 roku. W piosence wykorzystałem zasłyszany motyw ludowej muzyki ukraińskiej. Aby nadać mu bojowy, powstańczy charakter, jest na tle marszowego werbla. Nagrałem w refrenach autentyczne dzwony na carillonie z kościoła św. Katarzyny w Gdańsku.

NZ: Są też piosenki bardzo optymistyczne…
SŁ:
Taką jest szczególnie ballada „Miłością zmieniaj świat”. Nie jestem tekściarzem, ale ten jeden tekst musiałem napisać. To była potrzeba serca. W tej piosence dodatkowo jest rap Kuby Gołdyna, nawiązujący do mojego tekstu. Chciałem na chwilę przeciwstawić ładnej melodii coś niemelodyjnego, ale rytmicznego i wybrałem do tego celu rap. Cała płyta jest bardzo melodyjna; lubię ładne melodie i zawsze je grałem. Ale trochę mocniejszych uderzeń też jest!
ZF: Podobno dance ma sens (śmiech)!
SŁ: W muzyce jest też dużo – jak to nazywam – rękodzieła. Wszystkie modulacje, akcenty i najazdy klawiszowe robiłem na moich starych analogowych syntezatorach. Sporo nakręciłem się gałkami filtrów i modulatorów. To żywa muzyka, nie komputerowa.
ZF: Parę razy widziałem, jak Sławek nagrywa klawisze. Wbrew pozorom to naprawdę żmudna praca.
SŁ: Na płycie zagrało poza nami kilkoro gości. Szczególnie duża jest tu rola Wojtka Olszaka. Na gitarze zagrali Jacek Gawłowski i Wiktor Tatarek. Ale przede wszystkim grają moi koledzy z zespołu.
ZF: Każdy coś od siebie dodał…
SŁ: Zależy mi zawsze na wykorzystaniu możliwości całego składu. Nie narzucałem, co kto ma zagrać na swoim instrumencie, lecz wpierw słuchałem propozycji. W większości wypadków były one trafione. Zarówno jeśli chodzi o warstwę instrumentalną, jak i o wokal. Nie przypominam sobie, abym mówił Zbyszkowi jak ma zaśpiewać jakiś numer.
ZF: Sławek mnie docenił i zaufał. Nie ingerował w to, jak śpiewam główne partie i chórki. To naprawdę miłe!

NZ: Jak długo powstawał „Nowy Album”?
SŁ:
Równe dwa lata. W styczniu i lutym dwa lata temu w pięć czy sześć tygodni powstało dziewięć utworów z tej płyty. Nazywałem je kolejno Pierwszy, Drugi… Ósmy…, następnie wysyłałem kolegom i gubiliśmy się w rozmowach o nich (śmiech). W końcu nadałem utworom robocze tytuły, niektóre zostały, jak na przykład „Gwinea”. Uwielbiam jej piękny tekst o bezkresie przestworzy nad Czarnym Lądem
ZF: Mocno się zżyłem z tą piosenką. Tekst napisała moja przyjaciółka Agnieszka Burcan, zna mnie, zna moje zainteresowania. Piosenka jest między innymi o lataniu szybowcem, to moja pasja.

NZ: A jak wyglądała współpraca z Jackiem Cyganem czy Markiem Dutkiewiczem, którzy również napisali teksty na płytę?
SŁ:
Znakomicie! Napisali mądre i piękne teksty.
ZF: Oni wraz z Agą, są to poza tym świetni fachowcy techniczni. W tekstach nic nie trzeba było przerabiać, poprawiać pod linię melodyczną. W ich przypadku wszystko było na swoim miejscu, doskonale pasowało do śpiewania.

NZ: Bycie muzykiem wiąże się z pełnieniem misji?
SŁ:
Dla mnie zawsze. Artysta nie jest obojętny na to, co się dzieje wokół, kwestią jest tylko, jak to wyraża. Ja robię to przez muzykę, choć teksty do moich piosenek pisze z reguły ktoś inny. Najczęściej wyczuwa moje intencje, ale bywało też z tym różnie. Można powiedzieć autorowi „pisz coś na temat podróży albo o polowaniu na myszy”. Ale najlepiej, jak autor sam odnajdzie w utworze inspirację. Zdarzało mi się kiedyś, że jednak nie trafił w moje intencje. Tworząc utwór myślę na przykład o miłości, a dostaję tekst o budownictwie lądowym (śmiech). Jednak w większości wypadków autorzy pisali mi teksty w miarę spójne z muzyką. Czasem bardzo zaangażowane w to, co wokół nas się działo. Przeglądając nasz dawny repertuar, naliczyłem przynajmniej kilkanaście piosenek antysystemowych, antykomunistycznych. Na przykład: „Teleniedziela” to piosenka o niedzielnym praniu mózgów przez telewizję w PRL, a „Ostatnie safari” to piosenka o szefie tej telewizji Macieju Szczepańskim, który ponoć jeździł do Afryki zapolować sobie na grubego zwierza.
WK: Podteksty można znaleźć także w „Słodkiego miłego życia”. Po śmierci Breżniewa, na trasie w ZSRR, nie mogliśmy grać koncertów bo była żałoba, więc Sławek przez tydzień siedział w hotelowym pokoju z instrumentami i wtedy właśnie napisał ten utwór.
SŁ: Marek Dutkiewicz genialnie wyczuł o co chodzi i napisał świetny antysystemowy tekst. Z wrażenia o mało „nie spadłem z krzesła”, jak go przeczytałem! Przewrotny refren nie został zrozumiany przez cenzurę. Tym bardziej, że zastosowaliśmy dla potrzeb cenzury podmiankę słowa „bicia” na „picia”. Dali się oszukać.

Kombi Nowy Album

NZ: W przygotowaniu jest też książka o historii KOMBI…
SŁ:
Została napisana przeze mnie i Wojtka. Jest to opowieść o mnie i moim zespole. Wojtek współpracuje ze mną od połowy lat 70. A w książce głównie zadaje mi pytania, ale też dodaje wiele informacji od siebie. Książka jest już gotowa, ukaże się pod koniec marca.

NZ: Byli członkowie KOMBI mają jakiś wkład w książkę?
SŁ:
Nie, to moja książka autorska; książka założyciela i lidera zespołu. Takich książek nie pisze się zbiorowo. To nie są wspomnienia członków zespołu. Ta książka ma przywrócić prawdę o KOMBI, bo jest wiele dezinformacji, błędów, a nawet kłamstw na ten temat. Stąd jej podtytuł „Prawdziwa historia”. W książce wspominam wiele osób, dzięki współpracy których KOMBI odniosło wielkie sukcesy. Jest też wiele o wyjazdach na koncertowe trasy i przygodach z nimi związanych.

NZ: Ma pan dużą rodzinę, jedenaścioro wnucząt! Chciałby pan, aby też poszli w stronę muzyki?
SŁ:
Nie mam takiego myślenia. Jeśli zechcą, to pójdą. Jako dziecko miałem duży luz ze strony moich rodziców, nie zaglądali mi do zeszytów. I ja nie wtrącam się w życie moich dzieci, niech wychowują swoje dzieci, a moje wnuki, jak chcą. Część z nich ma talent muzyczny. Wielu ludzi ma talent do czegoś, a później ci ludzie wykonują inne zawody. Artysta to zawsze niepewna przyszłość. Maluje, a może nie sprzedać żadnego obrazu przez całe życie. Sztuka często jest weryfikowana przez rynek bez względu na swoją jakość. Niestety, często marna sztuka jest sztuką masową, trafiającą do szerokiej publiczności. Jeszcze nie wiem, czy ktoś z moich wnucząt ruszy w życiową podróż muzyczną drogą.

NZ: Jest pan też grafikiem.
SŁ:
Rysuję od dziecka. Mam wiele prac z dzieciństwa i dorosłego życia. Czasem obdarowuję nimi bliskich mi ludzi. To są zresztą najfajniejsze prezenty dla rodziny i przyjaciół!
ZF: Sławek narysował nawet nasz zespół, jestem tam motylkiem (śmiech).

NZ: Nie kusiło pana, aby pokierować swoje życie w stronę plastyki?
SŁ:
To muzyka jest moją główną pasją. Rysowanie jest dla mnie zabawą, relaksem, a muzyka jest głębokim przeżyciem. Przeżywam ją wraz z upływającym czasem, jest w niej opowieść o mojej miłości, smutku, radości, o wszystkim… A rysunek to odskocznia od muzyki, często zabawa. Muzyka jest wysiłkiem twórczym, zmaganiem się z jej materią i jednocześnie radością. Każdy chyba podobnie to przeżywa. Zbyszek np. bierze tekst i musi go jakoś przetrawić, zinterpretować sercem. Dopiero wtedy może zaśpiewać aparatem wykonawczym.
ZF: Muzykę trzeba poczuć. Nie będę śpiewał o biedronce i pszczółce, bo to nie niesie ze sobą żadnych emocji.
SŁ: Gramy muzykę taką, jaką kochamy. Adresujemy ją do każdego słuchacza. Nie puszczamy oka do żadnej grupy ludzi, nie mamy, jak to się dzisiaj mówi, swojego targetu. Mamy oczywiście ogromną rzeszę fanów KOMBI. I nie zmieniamy się wraz z modą. Nasza muzyka osadzona jest na elektronicznym rocku i popie. Są nowoczesne elementy w aranżacjach, ale jądro muzyki pozostaje zawsze to samo. Gramy to, co chcemy przekazać słuchaczom i gramy we własnym stylu zespołu KOMBI.
Jeden z radiowych prezenterów muzyki po przesłuchaniu „Nowego Albumu” powiedział tylko jedno zdanie: „to jest 100% KOMBI”. I to jest najlepsza recenzja.

NZ: KOMBI już trzydzieści lat temu było prekursorem pewnego stylu…
SŁ:
Ten styl ukształtował się gdzieś w moim sercu i w sposobie grania na syntezatorach. To one mnie inspirowały, a ja poszukiwałem w nich własnego brzmienia. Udało mi się to zrobić i od połowy lat 80. prawie każdy rozpoznaje, nawet w nieznanym wcześniej utworze, brzmienie KOMBI. Ono musi pozostać, bo inaczej zdradziłbym samego siebie. Idę oczywiście też do przodu, są nowości. Nie jest to złamanie stylu, tylko jego rozwój. Jest więc nowa muzyka, nowi ludzie, ale są elementy, których żadnym kwasem nie da się wytrawić. I niech to, co jest w sercu muzyki KOMBI zostanie. To świadectwo, że nie chcę odcinać kuponów od dotychczasowej twórczości, tylko po prostu grać swoją muzykę. To, co modne, jest dość często zrobione przez producentów, zaśpiewane przez marionetki lub zagrane przez muzyków studyjnych. Może być bardzo dobre rzemieślniczo, ale nie jest prawdziwe… Ja dbam o autentyczność. Słuchacze dostają muzykę KOMBI a nie jakiś anonimowy produkt. Słychać to w każdym takcie.

NZ: Czego wam życzyć na zakończenie?
ZF:
Teraz już tylko zdrowia (śmiech).
SŁ: Następnych czterdziestu lat grania!

NZ: I tego wam życzę, dziękuję za rozmowę!

Redakcja Muzykoholicy

Muzykoholicy.com | Miejsce Polskiej Muzyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *