[WYWIAD] Lao Che: „Rozterki są zawsze dojrzałe”

Hubert Dobaczewski i Rafał Borycki, czyli wokalista-gitarzysta i basista zespołu Lao Che. W wywiadzie dla Muzykoholików opowiedzieli o twórczości i o życiu. Po prostu.

Natalia Zakolska: Piosenka „Lao Che” waszego starego zespołu Koli jest w jakiś sposób powiązana z…Lao Che?
Hubert Dobaczewski: W 1999 roku, gdy nagrywaliśmy płytę „Szemrany” Koli, już założyliśmy Lao Che. Było Koli, Rysiek (Rafał Borycki – przyp. NZ) na basie, Filipa poznaliśmy w studio, spodobał nam się jako muzyk, fajnie grał na klawiszach. Z Ryśkiem graliśmy razem już od ’95 roku, fajnie byłoby mieć klawiszowca. I trafił się Filip jako dźwiękowiec w studio nagraniowym. Spontanicznie popełniliśmy kompozycję – wiedzieliśmy już, że będzie zespół, że będzie się nazywał Lao Che. W parę godzin zrobiliśmy piosenkę, którą nazwaliśmy właśnie „Lao Che”.

NZ: Czy są piosenki, które sprawiły wam trudność w tworzeniu, czy może powstają od razu?
Rafał Borycki: Bardzo sprawnie powstała „Errata”. Byliśmy na „obozie kompozycyjnym”, wyjazdu, podczas którego tworzenie jest dla nas priorytetem. I „Errata” powstała w 15 minut!
HD: Czasami po prostu jest magia!
RB: Łapiemy za instrumenty i jest piosenka.

NZ: Pracowaliście nad czymś bardzo długo?
RB: Nad całą resztą (śmiech).
HD: Często jest tak, że się produkuje piosenkę łącząc ją z klocków, elementów. To też czasem jest fajne, a czasami nie. Każda z metod ma swoje plusy i minusy.

NZ: W waszym wypadku najpierw powstaje muzyka czy teksty?
HD: Zawsze muzyka.

NZ: Jesteście świeżo po twórczym wyjeździe. Czego można spodziewać się na nowej płycie?
HD: Jeszcze nie wiemy.
RB: Mamy pewne zarysy, a w jakim kierunku to pójdzie? Do końca nie wiadomo.
HD: Zrobiliśmy muzyczne szkice. Trzeba jeszcze napisać słowa, a nie mam jeszcze skrystalizowanego pomysłu, czy będzie to tekstowo koncept album, czy też nie. Są już wstępne pomysły, ale jeszcze nie usiadłem do pióra. Inaczej jest z warstwą muzyczną, zbieramy się, gramy, słuchamy, co nagraliśmy i okazuje się, że jest już właściwie cała piosenka. W przypadku kilku kompozycji jesteśmy już blisko końca! Ale kilka będziemy rozkładać na atomy, próbować przegrywać i to zajmie jeszcze trochę czasu. To będzie wdzięczny moment, zamkniemy się w sali prób i będziemy wałkować ten materiał.

NZ: A jakiej muzyki wy słuchacie? Nie da się zaszlufadkować was w jeden gatunek.
HD: Wspólnie słuchamy tylko swoich dokonań (śmiech). Rysiek namiętnie słucha hip-hopu odkąd pamiętam! Od kiedy powstał ten hip-hop (śmiech).
RB: W moim przypadku trudno słuchać muzyki jako piosenek. Zawsze rozkładam na ładnie albo brzydko brzmiący bas. Albo super bęben (śmiech). Strasznie trudno muzykowi po prostu posłuchać muzyki, zdystansować się. Podobnie ciężko być na koncercie i przeżywać sam koncert. Zawsze dochodzą sprawy techniczne, brzmienie, czy koncert jest ładnie podany…

NZ: Hubert, a ty?
HD: Mało słucham muzyki. Ostatnio przechodzę renesans gitarowego grania. Na nowo zainteresowałem się gitarą i oglądam nagrania gitarzystów w internecie. Podglądam techniczne aspekty gry. A muzyki jako takiej nie słucham! Teraz czekam na nowy album naszego serdecznego przyjaciela, Piotra „Emade” Waglewskiego, która wkrótce wychodzi i jestem ciekawy, jaka będzie. Poprzednie mi się podobały!

Hubert Dobaczewski
Hubert Dobaczewski

NZ: Oceniając własne koncerty chyba jesteście chociaż czasami całkowicie zadowoleni?
HD: Mario (Mariusz Denst – przyp. NZ) jest zawsze zadowolony (śmiech)!
RB: Jesteśmy zadowoleni, czasami naprawdę jest magia. Tak myślę.
HD: To bardzo subiektywne. Zmorą grup są podzielone zdania. Nawet, gdy mówimy, że było czuć fajny prąd, że koncert się udał, widać to po publiczności, praktycznie zawsze ktoś nie będzie do końca zadowolony.

NZ: Porozmawiajmy chwilę o waszej ostatniej płycie „Dzieciom”. Wbrew nazwie to bardzo dojrzały, dorosły materiał.
RB: Mamy po czterdzieści lat, trochę już przeszliśmy w życiu, mamy rodziny, dzieci. To już taki wiek przedzawałowy (śmiech).
HD: To są w tekstach po prostu rozterki rodzica. A jak się myśli o dziecku, o tym, jak sobie znajdzie miejsce w świecie. Wtedy człowiek wznosi się na wyższy, dojrzalszy poziom w swoim życiu. Martwi się, wizualizuje sobie przyszłość dzieci, bo zna już świat, wie, z czego się składa. Ten świat jest skomplikowany, nie zawsze jest przyjazny. Często jest wrogi. Są to jakieś rozterki. A rozterki są zawsze dojrzałe! Dzieci też oczywiście mają swoje zmartwienia, ale wydaje mi się, że nie potrafią sobie ich wizualizować. A dorośli mają tę umiejętność.

NZ: Dzieci żyją tu i teraz?
HD: Tak, martwi je to, co przyszło, co jest i z czym muszą sobie w danej chwili poradzić. A ja mam taką naturę, że wybiegam w przyszłość, mogę bać się czegoś, co jeszcze nie nastąpiło. To jest chyba problem dorosłych.

NZ: Obaj jesteście rodzicami. Jak widzicie świat, gdy wasze dzieci dorosną?
HD: Dla mnie świat jest zawsze taki sam. To nie jest tak, że idzie w jakimś kierunku. Jest złożony, dobry i zły, wspaniały i przerażający. Po prostu jest złożony. Jak jest się dzieckiem, wychowanym w stabilnej, kochającej rodzinie, dostaje się końską dawkę miłości, spokoju, wiary w ludzkość. Potem jest z tym różnie. Trzeba się zastanowić, jak wytłumaczyć dzieciom, że świat nie zawsze jest taki, jak w domu. Dom oczywiście istnieje, jest elementem świata, ale te domy bywają różne, ludzie nie zawsze są przyjaźnie nastawieni. Jest duże spektrum. A te dzieci dostają informacje, które nie są pełne. Stąd chyba cała problematyka jak wychowywać dzieci! Jak je chronić, wychowanie pod kloszem też nie ma sensu, bo potem dostają „pięścią między oczy”. Nie piję też do tego, że świat jest zły! Tylko podaje im się niepełną ilość wrażeń, koloryzowany świat.

NZ: W pewien sposób na waszej płycie jest taka recepta na życie?
HD: Nie, to jest poszukiwanie recepty, odpowiedzi! Można dzieciom opowiadać o obozach koncentracyjnych, pewnie nawet trzeba, tylko w którym momencie? Jak to podać?

Lao Che

NZ: Teksty czasami są sugestywne, aluzyjne, a czasami bardzo bezpośrednie. Spotykacie się na przykład z zarzutami antyreligijności?
HD: Podejmuję różne tematy. Dystansuję się od religii. Zostałem wychowany w rodzice katolickiej, ale nie jestem wierzący, nie mógłbym nazywać siebie katolikiem, nie chcę. To bardzo rozległy temat, ale zarzutów w naszą stronię nie ma.

NZ: W takim razie idziemy dalej – skąd dwutomowość „Ballady o Misiu”?
HD: Napisałem tekst, okazało się, że jest za długi, wywaliłem środek i Rysiu wpadł na pomysł, by wykorzystać go do innej kompozycji. Akurat została nam jedna i tak już zostało.

NZ: Trochę przypadek (śmiech)?
RB: To akurat było całkowicie zaplanowane! Zostało troszkę tekstu, zostało troszkę muzyki, więc połączyliśmy.
HD: Najfajniejsze w tworzeniu jest to, że czasem ma się jakiś plan, realizuje się go. Potem połowa wychodzi, połowa to fiasko, z tej drugiej połowy wpada spontaniczność i powstaje ferment. Jest trochę planowany, trochę jest zaskoczeniem i to jest fajne!

NZ: I z biegiem czasu te piosenki ewoluują.
HD: Oczywiście, od momentu postawienia pierwszego dźwięku. Chce się coś zrobić, jest to pragnienie, by robić muzykę, tworzyć.
RB: Gdybyśmy mieli teraz nagrać „Dzieciom”, brzmiałoby zupełnie inaczej. Prawdopodobnie byłyby to zupełnie inne piosenki.
HD: Bo te dzieci są już starsze (śmiech).
RB: Tak, żeby powyrastały jak łopaty (śmiech)! Jedne powypadały, drugie wyrosły!

Rafał Borycki, fot. Dawid Stube
Rafał Borycki, fot. Dawid Stube

NZ: Czym dla was jest muzyka?
RB: (po chwili ciszy) Zabawą. Dorosłe dzieci się bawią.
HD: Nie wiem, często się nad tym zastanawiam. Nie słucham muzyki, nie jestem melomanem.

NZ: Ale jednak ją uprawiasz!
HD: I o dziwo nie potrzebuję jej, by być pionierem, odkrywać nowe rzeczy, szukać takich, które mi się podobają. One same do mnie trafiają. Coś usłyszę i wchodzi mi do głowy. Nie szukam tej muzyki. Często się zastanawiam: czy ja lubię muzykę na tyle, żeby ją robić? Na pewno lubię to robienie muzyki, odtwarzanie naszej muzyki. Ale jest z nią różnie. Spotykam ludzi, którzy przychodzą na koncerty, oni faktycznie ją kochają! Mamy koleżankę, która przychodzi na koncerty, widząc, jak mówi o muzyce, reaguje na nią, widzę, jak działa na nią euforycznie! Na mnie tak nie działa, tak mi się wydaje. Jaki zatem jest mój stosunek do muzyki? Nie wiem! Czasami myślę, że może zacząłem grać na gitarze przez przypadek? Chociaż zawsze chciałem na niej grać. I gram w zespole, robię muzykę, wszystko się zgadza (śmiech)…
RB: Oprócz tego, że jej nie słuchasz (śmiech)!

NZ: W jakiś sposób to jest fenomen!
HD: To tak, jakby zapytać człowieka, czym jest dla niego miłość. Ale jaka miłość?

NZ: W takim razie, czym dla was jest miłość (śmiech)?
HD: Ale to bardzo subiektywne pytania, indywidualne! Są różne wymiary miłości, to bardzo złożony temat. I jak się myśli o świecie, że wszyscy są tacy sami, tak samo na wszystko reagują, to jest błąd. Każdy jest inny i inaczej myśli. Wracając do religii, tak samo każdy odbiera istnienia i nieistnienia czegoś. Takie zrzeszanie się w religie ma swoje dobre strony, bo jest w tym wspólna energia, wspólnota. Z drugiej strony przyjmuje się różne założenia, różne obrazy. Każdy to czuje inaczej. W każdej religii są ludzie, którzy przebywają w swoim kościele i tego nie czują. Czy wtedy to ma sens? Nie wiem. Trzeba indywidualnie sobie odpowiedzieć „co czuję” i „jak widzę” moje istnienie. Skąd się wziąłęm? Czy czuję obecność czegoś? Albo nie? Tymczasem wszyscy się przepychają, kto jest lepszy. Wygląda to śmiesznie, karykaturalnie. A nawet przerażająco, jeśli zaczynają ze sobą walczyć.

NZ: A wy ze sobą jak współgracie od tylu lat? Zespół to też wspólnota.
HD: Założyliśmy własny kościół!
RB: Tak, kościół Mariana (śmiech)!
HD: Mariański (śmiech)! Lubimy się, przyjaźnimy. Z Ryśkiem gram już od 21 lat, znamy się jak łyse konie.
RB: Znamy się tak dobrze, że właściwie nic nas już nie czeka nowego.
HD: To jest stary dobry konkubinat.
RB: Po prostu ze sobą jesteśmy. I jest nam dobrze! Nie szukamy dziury w całym, patrzymy w jednym kierunku i tyle.

NZ: Podczas tych 21 lat na pewno zdarzały wam się sytuacje, które wyjątkowo śmiesznie wspominacie…
RB: Denatowi urodziło się dziecko…
HD: (śmiech) Jest tego multum!

NZ: Pierwsza myśl!
HD: Kiedyś z Ryśkiem po koncercie trochę się napiliśmy i razem się wywróciliśmy… Mieliśmy zbite to samo kolano! I to na tej samej wysokości!
RB: To przez drucik, którego nie zauważyliśmy…
HD: Chyba murek!
RB: Nie pamiętam (śmiech)! I kiedyś jeszcze odpaliliśmy przez przypade gaśnicę.
HD: Zrobiliśmy to jadąc przez centrum Wrocławia. Taki jest świat ludzkich spraw (śmiech).

NZ: Czego wam życzyć?
RB: Zdrowia. Na zdrowie!
HD: Tak, mam chore zatoki…
RB: U mnie też nie najlepiej. A przed nami jeszcze sporo koncertów.

NZ: Zatem tego wam życzę: dużo zdrowia! I udanych koncertów.
HD i RB: Dziękujemy!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.