#gwiazdynarozbiegu: STACH BUKOWSKI – “Chcemy żeby każdy utwór był dla nas przyjemnością”

Początek września 2019 – wtedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę “Los” Stacha Bukowskiego, jak się okazało nie solisty, a trzyosobowego zespołu. Stach (perkusja, wokal), Aga Kamińska (bas) oraz Robert Ostoja – Lniski (gitara) grają razem od lat. Jednym utworem rozkochali mnie w sobie, tak że nie mogłam się doczekać okazji, by usłyszeć ich na żywo. Po trzech miesiącach udało się i wtedy wiedziałam, że 2020 rok będzie należał do nich. Tuż przed premierą ich najnowszego singla “Pif – paf” zwiastującego ich debiutancki album spotkałam się ze Stachem, opowiedział mi o poszukiwaniu swojej drogi w muzyce, o tworzeniu i relacjach zespołowych.

Roksana: Nie mnie pierwszą zadziwiło, że pod nazwą Stach Bukowski nie kryje się solista tylko trzyosobowy zespół. Stach, jesteś bardziej liderem czy wokalistą? Nie boisz się słowa lider?
Stach: To jest bardzo dobre pytanie, bo w zasadzie zastanawiam się nad znaczeniem tego słowa. U nas to wygląda tak, że z jednej strony śpiewam i komponuję, więc siłą rzeczy jestem w centrum uwagi. Z drugiej – gram na perkusji i czuję się przez to trochę wycofany, jakbym był za barykadą. Zatem to się na pewno trochę bilansuje. Ciężko jest mi też nazwać siebie stricte wokalistą ze względu na tę perkusję, więc jeśli miałbym wybrać między wokalistą, a liderem, to niech będzie lider.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

R: Doczekamy się kiedyś takiego utworu, że jednak zostawisz na chwilę perkusję i poruszasz się trochę na scenie?
S: Wydaje mi się, że jedno nie wyklucza drugiego. Ewentualnie może wspomożemy się jakoś technologią, zobaczymy. Nigdy nie mów nigdy.

R: Czym się różni Stach Bukowski od Łaski Bez, oglądałam Wasze koncerty jeszcze z poprzedniej działalności i wiele sytuacji przenieśliście do Staśków.
S: Tak naprawdę jedną z niewielu rzeczy, która pozostała bez zmian, jest skład osobowy. Od czasów Łaski Bez wszyscy mocno dojrzeliśmy. Jeszcze bardziej dotarliśmy się między sobą, lepiej gramy na instrumentach, lepiej brzmimy na scenie. Przede wszystkim jednak sprecyzowaliśmy kierunek, w którym chcemy podążać jako zespół. Znaleźliśmy swoją drogę i już z niej nie zejdziemy.

R: Czyli Łaski Bez to taki bardziej garażowy zespół?
S: Można tak powiedzieć. Garażowy, studencki, na zasadzie „fajnie jest jak jest, jak nam wyjdzie, to wyjdzie, zagramy na pikniku Politechniki i też będzie miło”. Co prawda marzyliśmy o profesjonalnej karierze, ale wtedy wydawała nam się bardzo niedostępna. Dlatego teraz, kiedy czekamy już na premierę naszej debiutanckiej płyty, jakoś to do nas jeszcze nie dociera. Od czasu podpisania kontraktu z FONOBO Label wydarzyło się tak dużo, że w to jeszcze tak naprawdę nie wierzymy.

R: Moment podpisania kontraktu z wytwórnią był bardzo przełomowy dla Was.
S: Oj, zdecydowanie tak. Przed FONOBO Label graliśmy przede wszystkim dla publiczności, po podpisaniu kontraktu wszystko ruszyło z kopyta.

R: Jak rozpoczęła się Wasza współpraca?
S: Zaraz po tym jak nagraliśmy live sesję ze znanym już „Losem” wysłaliśmy ją wraz z kilkoma innymi naszymi rzeczami do wytwórni. Odpisała nam Ania Wysocka i przyszła do nas na próbę. Byłem podekscytowany, ale mówiłem sobie „spokojnie, spokojnie, to jeszcze nic nie znaczy”. Nawet teraz, gdy maszyna ruszyła, staram się zachowywać pewien dystans do naszej kariery. Chyba że tylko tak sam siebie oszukuję. A wracając do wspomnianej próby, to zagraliśmy na niej kilka kawałków, a potem usłyszeliśmy coś w stylu „bardzo nam się podobało, ale musimy już lecieć”. Pomyślałem sobie wtedy, że to ten klasyczny przypadek „odezwiemy się, pomyślimy”. Wyszło inaczej. Umówiliśmy się na spotkanie w siedzibie wytwórni, dogadaliśmy szczegóły i działamy. Jestem przeszczęśliwy.

R: W opisie Waszej grupy przeczytamy, że zostaliście wychowani na muzyce Zbigniewa Wodeckiego, Alicji Majewskiej i Anny Jantar. To dlatego, że Wasi rodzicie ich słuchali i często puszczali ich piosenki w domu czy sami natknęliście się na ich twórczość?
S: W moim przypadku faktycznie było tak, że to rodzice nauczyli mnie takiej muzyki. Zazwyczaj podczas wypadów do babci, która mieszka sto osiemdziesiąt kilometrów od Olsztyna. Żeby podróż nam szybciej mijała, mama nagrywała swoje składanki na kasetach magnetofonowych i puszczała je na okrągło. Znałem ich playlisty na pamięć. Były tam m.in. utwory Anny Jantar, Alicji Majewski i Zbigniewa Wodeckiego właśnie, ale także np. przeboje Toma Jonesa.

R: Jak już jesteśmy przy rodzinie – zdolności muzyczne macie po krewnych?
S: Tak, moi rodzice odegrali tutaj dużą rolę z racje tego, że rodzice poznali się w internacie w szkole muzycznej, a tata jest profesjonalnym muzykiem. W moim domu muzyka zawsze była i jest obecna. Słuchaliśmy wspólnie dużo muzyki ludowej oraz Zespołu Mazowsze, sporo polskiego big beatu, a także muzyki klasycznej. Każdy z tych gatunków mocno na mnie wpłynął i to zamiłowanie do nich siedzi we mnie cały czas.

R: Czyli to, że grasz dzisiaj na perkusji, to trochę zasługa taty?
S: Z tą perkusją wyszło trochę na opak. Od pierwszej do trzeciej klasy szkoły podstawowej grałem na klarnecie, bo mój tata jest właśnie klarnecistą. Potem jednak zrezygnowałem z tego instrumentu, ponieważ… zachwyciłem się Xboxem i taką jedną grą z muzyką The Beatles. Był do niej dołączony zestaw instrumentów, a jednym z tych instrumentów była cyfrowa perkusja. I wtedy zaiskrzyło. Kolejnym krokiem były prywatne lekcje gry na instrumencie i się zaczęło.

R: Z tego co mówisz wynika, że masz ogromne wsparcie właśnie od rodziców.
S: Tak, jak najbardziej. Całym sercem trzymają za mnie kciuki i wspierają w moim muzykowaniu, ale dbają również o to, abym nie zaniedbał nauki. To jest oczywiste, prawda?

R: Skąd w tak młodych ludziach zamiłowanie do stylu retro?
S: Jak tu jechałem, to się właśnie nad tym zastanawiałem. Wydaje mi się, że to zamiłowanie wynika z tego, że trudno obok takiej muzyki przejść obojętnie. Kiedy słyszy się ją na żywo i czuje moc pięćdziesięciowatowego pieca, to człowiek cały wibruje. I to jest najlepsze uczucie pod Słońcem. Poza tym żywe instrumenty zawsze robią robotę. Nawet jeśli w skład zespołu, tak jak u nas, wchodzą tylko trzy osoby. Prostota rockowej muzyki spod znaku retro jest naprawdę ujmująca. Wystarczy odpalić gitarę i wrócić do korzeni.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

R: W przeszłości raz szukaliście wokalisty, raz perkusisty. Okazało, że udało Ci się połączyć te dwie umiejętności. Gdybyś dzisiaj musiał wybrać jedną funkcję w zespole, co by to było?
S: Faktem jest, że perkusja pojawiła się znacznie wcześniej, kiedy jeszcze nawet nie myślałem o śpiewaniu. Ale jak już zacząłem śpiewać, to teraz w ogóle nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić tylko jedną z tych dwóch rzeczy. Inny perkusista być może byłby ode mnie lepszy technicznie, ale wiem, że nie oddałby tego, o co chodzi mi w muzyce. A mi chodzi o te emocje, które powstają, gdy gram i śpiewam jednocześnie. Zatem, jeśli musiałbym wybierać między graniem na perkusji, a śpiewaniem, to wolałbym po prostu niczego nie robić.

R: Kto w zespole jest głosem rozsądku?
S: Agnieszka. Aga jest największym głosem rozsądku. Czasem też potrafi podejść do wielu spraw sceptycznie i przyhamować mnie i Roberta. Taki układ bardzo dobrze się u nas sprawdza. Znaleźliśmy balans pomiędzy naszymi charakterami, dzięki czemu band funkcjonuje bardzo dobrze.

R: Niedawno usłyszałam, że w zespole trzeba być ze sobą szczerym tak jak w małżeństwie, a nawet bardziej.
S: My znamy się już tak długo, że nie boimy się mówić sobie niczego. I tak naprawdę, to bardziej niż zespołem, jesteśmy już rodziną. Brzmi górnolotnie, ale to prawda. Spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu i dogadujemy się bez słów. Po koncertach chodzimy na piwo, po próbach rozmawiamy o pierdołach, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. To jest fantastyczne i miałem naprawdę duże szczęście, że że trafiłem na takie osoby. I w dodatku mogę razem z nimi grać na jednej scenie.

R: W klipie do utworu „Lew” dominuje beztroska i zabawa. Nie macie czasem wrażenia, że młodym ludziom trochę trudno jest teraz wyluzować? Że to jest okres trochę walki o przetrwanie łącząc pracę i naukę, do tego pęd, żyjemy coraz szybciej i coraz częściej młodzież szuka wyznaczników w modzie i trendach niż w swoich upodobaniach?
S: Myślę, że coś w tym jest. Widzę to po swoich znajomych, ale i po sobie. Chyba nie umiem mieć wolnego czasu. Nie wiem do końca jak się odprężyć, jak się na chwilę odłączyć. Cały czas coś chodzi mi po głowie i ją zaprząta. A teledysk do „Lwa” był taką odskocznią. Zarówno w przekazie, jak i bezpośrednio dla mnie. Niby wiadomo, że zdrowo jest na chwilę wyłączyć telefon i nie zaglądać do skrzynki z mailami, a jednak cały czas trzeba sobie o tym przypominać.

R: Piosenka w Waszym zespole powstaje od Twojego tekstu? Potem kombinujecie z muzyką?
S: Zazwyczaj jest tak, że przychodzę na próbę albo z melodią, albo z tekstem, albo i z tym, i z tym. Non stop coś tam sobie w głowie nucę i wymyślam, wystukuję rytm na palcach, nagrywam różne fragmenty na dyktafonie. Jak już jest melodia, a Aga i Robert, ją zaakceptują, to siadamy i nagrywamy, potem dopisuję do niej tekst. Nie zawsze idzie jak z płatka, więc niektóre utwory muszą swoje odleżeć, zanim do nich wrócimy. Na płycie będzie taki jeden utwór, który dojrzewał przez półtora roku.

R: Jesteście perfekcjonistami?
S: Szczerze mówiąc, to nie wiem. Ale jeśli robienie muzyki do momentu, w którym wszyscy jesteśmy w stu procentach zadowoleni i w tylu też procentach pewni konkretnego utworu można nazwać perfekcjonizmem, to tak, jesteśmy perfekcjonistami. Przede wszystkim zależy nam na tym, aby każdy utwór był dla nas przyjemnością. Nie boję się pracować w ten sposób, bo w naszym przypadku taka metoda się sprawdza.

R: Czyli nie jesteś w stanie z nadchodzącej płyty wybrać jednego ulubionego utworu?
S: Każdy utwór na tej płycie jest niezastąpiony i z tego jestem najbardziej zadowolony. Mam nadzieję, że tak samo zadowoleni będą słuchacze.

R: W dwóch dotychczasowych singlach pokazaliście się z dwóch różnych stron. W „Lwie” z tej dynamicznej, w „Losie” z tej spokojnej. Co Wam bardziej odpowiada, szybko czy wolno?
S: To tak jakbyś zastanawiała się w kawiarni czy dzisiaj zamówić americano czy cappucino. Trudno powiedzieć, bo człowieka może najść ochota na różne rzeczy. Za to na płycie na pewno znalazło się więcej utworów z pazurem.

R: Stachu, czy trudno jest pisać teksty? Czy tak jak łatwo teraz wypowiadasz słowa, tak samo łatwo przelewasz je na papier?
S: Wiesz co… Ani to, ani to. W pisaniu tekstów najtrudniejsze jest wymyślenie tego, o czym ta piosenka ma być. Jak pomysł już jest, to wtedy idzie już z górki. Wiem, co chcę przekazać, zaczynają pojawiać się słowa, tekst układa się praktycznie sam.

R: To co sobie założyłeś tworząc mój ulubiony “Los”?
S: To może zabrzmi jak truizm, ale w „Losie” chodziło po prostu o to, żeby ten utwór podobał się ludziom. Chciałem też, aby słuchacze mogli poczuć się przy niej intymnie i mówili „tak, to jest moja piosenka”. Jeśli ktoś będzie chciał usłyszeć w niej żal, to na pewno go znajdzie. Jeśli ktoś szuka otuchy, to w „Losie” też ono jest. To bardzo refleksyjny, ale i uniwersalny utwór, w którym można znaleźć wiele różnych emocji.

R: Zmęczenie pracą w studiu już Wam doskwiera?
S: Szczerze mówiąc, to ja bardzo lubię pracę w studiu i w ogóle mnie to nie męczy. Moje wymarzone życie wygląda tak: kończę studia, wstaję rano, jem śniadanie, idę na siłownię, spędzam pięć lub więcej godzin w sali prób, potem idę na piwo ze znajomymi, a późną nocą siedzę w studiu i nagrywam piosenki.

R: Są jakieś utwory, które nie trafiły na album i czekają na swoje pięć minut
w tej przysłowiowej szufladzie?
S: Podczas nagrywania płyty pojawiło się bardzo dużo pomysłów i jeszcze więcej melodii, do tego sporo tekstów, więc siłą rzeczy z kilku z nich musieliśmy zrezygnować. Ale gotowych utworów jako takich, które czekają na swój moment, nie ma. Są za to zalążki piosenek, które podczas tworzenia debiutanckiej płyty, wydawały nam się nie dość dobre. Ale to nie oznacza, że do nich nie wrócimy. Być może za jakiś czas uznamy te pomysły za prawdziwe perełki. Właśnie tak było w przypadku „Lwa”. W tym kawałku została wykorzystana melodia, którą ułożyłem cztery lata temu.

R: Trochę sentymentalnie ten “Lew” został Waszym pierwszym singlem.
S: W sumie to można tak to ująć (śmiech).

R: To o czym będzie ta Wasza debiutancka płyta?
S: Właściwie każdy utwór będzie o czymś innym. Nie porwaliśmy się na concept album w stylu „Marmuru” Taco Hemingwaya. Nasz album jest jak serial, na którym poszczególne piosenki są jak osobne odcinki. Dużo się na nim dzieje i pojawia się wiele różnych historii. Dlatego, jeśli słuchacz, naprawdę chce nas poznać, to powinien posłuchać płyty od początku do końca. Bo tak naprawdę jedynym wspólnym mianownikiem piosenek z albumu jest ich brzmienie.

R: Zapowiada się zatem bardzo różnorodny album.
S: Różnorodny i naładowany emocjami. Tak sobie myślę, że ktoś po przesłuchaniu całej płyty może sobie powiedzieć „kurde, muszę iść coś zjeść, bo normalnie zgłodniałem”. Mocno wierzę w ładunek emocjonalny płyty i w to, że ludzie odczują go tak samo mocno jak ja. I że jak już płyta się skończy, to będą czuli się jak na napisach końcowych mocnego filmu.

R: Przed Wami chyba pierwszy festiwal i to według mnie jeden
z najważniejszych w naszym kraju, czyli poznański ENEA Spring Break Festival. Stresujecie się?
S: Póki co nie. Wiemy jednak, że ten stres nadejdzie tam, na miejscu. Jak już dojedziemy i rozładujemy sprzęt. W sumie będzie to nasz pierwszy raz na Spring Breaku w ogóle. Nigdy nie byliśmy tam nawet w roli widzów, więc w tej chwili czujemy dużą ekscytację, martwić będziemy się później.

R: To na Spring Breaku będziemy już podpisywać płyty, tak?
S: Płyta ukaże się 20 marca, więc na to właśnie wygląda (śmiech). A tak na serio, to mam nadzieję, że po koncercie kilka osób zechce do nas podejść i zwyczajnie pogadać. Najchętniej rozmawiamy o muzyce, ale w innych tematach też postaramy się odnaleźć.

R: W takim razie do zobaczenia na w Poznaniu, a może nawet i prędzej, dzięki
S: Jasne! Dzięki.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Zajrzyj po więcej:

FB: https://www.facebook.com/stachbukowski/

Instagram: https://www.instagram.com/stachbukowski/

PODZIEL SIĘ