Jola Tubielewicz: „Muzyka jest dla mnie czymś ulotnym, nienamacalnym…”

Jola Tubielewicz „Muzyka jest dla mnie czymś ulotnym, nienamacalnym...”

Na wszystko w życiu jest odpowiednia pora. Jola Tubielewicz teraz ma swój czas! Chwilę temu ukazał się jej debiutancki album, który promuje numer „Czarna Wdowa”.

Jola Tubielewicz, wokalistka i kompozytorka obdarzona wybitnie rockową barwą głosu. Doświadczenie sceniczne zdobywała w podczas koncertów oraz przeglądów muzycznych. Szerszej publiczności zaprezentowała się w koncercie „Debiuty” w 2008 roku, na 45 Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. 18 lutego pojawił się jej debiutancki album, do którego stworzenia zaprosiła m.in. Grzegorza Skawińskiego.

Karolina Filarczyk

Jola Tubielewicz

O swoją pozycję na rynku muzycznym walczysz już prawie piętnaście lat. Kiedy do ciebie dotarł, że to właśnie muzyka jest czymś, co stanowi podstawę twojego życia? 
Myślę, że było to dość wcześnie. Od dziecka przejawiałam duże zainteresowanie dźwiękami. Lubiłam słuchać muzyki, ale też dość szybko zaczęłam próbować swoich sił jako wokalistka. Już jako dziesięciolatka zostałam „frontmenką” w moim pierwszym zespole rockowym, grającym na co dzień w lokalnym domu kultury w Białogardzie. Zespół nazywał się…LSD (śmiech). Bardzo szybko miałam jasno sprecyzowane pragnienie dotyczące tego kim zostanę w przyszłości. Ilekroć pojawiało się pytanie dotyczące wymarzonej profesji, odpowiadałam jednoznacznie i z przekonaniem, że zostanę piosenkarką (śmiech). Muzyka jest ze mną nieprzerwanie od wielu lat. Bywały momenty zwątpienia, próby zajmowania się czymś innym, jak to się mówi, bardziej „stabilnym”, a jednak ona zawsze wygrywała. Śmieję się, że jest jak pies, który przybłąkał się do mojej duszy. Chodzi za mną krok w krok i jak widać i słychać, nie potrafię bez niej żyć.

Mimo ogromnego doświadczenia dopiero teraz zdecydowałaś się na debiut. Wcześniej nie miałaś na siebie pomysłu? 
Tych „debiutów” tak naprawdę mam za sobą kilka (śmiech). Pierwszy miał miejsce podczas „Koncertu debiutów” na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Po drodze wydałam też kilka singli wraz z teledyskami, zaśpiewałam piosenkę do serialu „Na krawędzi”. Jednak do muzycznego spełnienia rzeczywiście brakowało mi solowej płyty. Poszukiwałam trochę samej siebie, próbowałam znaleźć swoje muzyczne miejsce, nabierałam doświadczenia. Każda muzyczna współpraca uczyła mnie czegoś nowego. Pomysł na to, jaki powinien być mój płytowy debiut, miałam od dawna, jednak od pomysłu do realizacji to często długa i kręta droga. Przede wszystkim trzeba trafić na odpowiednich ludzi. I myślę, że we właściwym momencie mojego życia to debiut zdecydował się na mnie, a nie odwrotnie. Jestem przekonana, że wszystko dzieje się po coś i nie ma przypadkowych spotkań. Pewnego dnia, na mojej muzycznej drodze pojawił się Grzegorz Skawiński i zakwitła muzyczna chemia, o jakiej zawsze marzyłam. 

Którzy artyści stanowią dla ciebie największą motywację do działania? Od którego z nich chciałabyś być o niebo lepsza? 
Hmmm… Muzycy owszem bywają dla mnie inspiracją jednak motywację do działania stanowi chyba przede wszystkim miłość do muzyki i wewnętrzna potrzeba jej tworzenia. Od nikogo nie chciałabym być lepsza, nawet o ćwierć nieba. (śmiech) Muzyka jest dla mnie czymś ulotnym, nienamacalnym, niedającym się zważyć ani zmierzyć i jakakolwiek rywalizacja w tej materii jest dla mnie czymś nienaturalnym. We wszechświecie jest miejsce dla nas wszystkich. Ludzie mają różną wrażliwość i z pewnością każdy artysta trafi ze swoją twórczością do odpowiednich odbiorców. 

Jaką muzykę tworzysz, wiemy — płyta w postaci cyfrowej i analogowej już dostępna. Rock obecnie nie należy do najpopularniejszych, ale ty śpiewasz: „Żyję chwilą, to mój czas!”. Liczysz, że swoją mocą wrócisz  do łask? 
Mówiąc szczerze, to na nic nie liczę (śmiech) i na nic się nie nastawiam. Przede wszystkim wiem, że płyta jest zgodna z tym, co mi w duszy gra i jestem z tego bardzo dumna. Jednocześnie mam świadomość, że jest to materiał mocno gitarowy, co nie koniecznie pokrywa się z dzisiejszą, szeroko pojętą muzyką mainstreamową. Jednak zarówno mnie jak i Grzegorzowi bardzo zależało na tym, by został on wydany w niezmienionym kształcie, bez jakiejkolwiek, zewnętrznej ingerencji w warstwę muzyczną. To właśnie z tego względu, dość długo poszukiwaliśmy wydawcy, który zaakceptowałby go w oryginalnej formie. Oczywiście będę bardzo szczęśliwa jeśli ktoś, po przesłuchaniu mojego albumu poczuje, że dźwięki i emocje na nim zawarte wprowadzają go w pozytywne wibracje i będzie chciał wyruszyć ze mną we wspólną, w muzyczną podróż. 

Płyta była tworzona we współpracy z muzykami, których pozazdrościłby ci nie jeden „rasowy” artysta. Jak udało ci się nawiązać nić porozumienia m.in. z Grzegorzem Skawińskim?! 
Grzesiek jest nie tylko genialnym muzykiem, ale prywatnie także świetnym gościem i facetem z wielką klasą. Dystans i tzw. relacja „mistrz kontra uczeń”, których na początku trochę się obawiałam, kompletnie nie miały miejsca, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Dość szybko nawiązaliśmy, tak ważną w każdej współpracy „nić porozumienia”, o którą pytasz. Grzesiek jest świetnym słuchaczem i pomimo ogromnego doświadczenia, jakie posiada, nie próbuje niczego narzucać czy dyktować. Życzyłabym każdemu debiutantowi takiego komfortu, jakiego ja doświadczyłam podczas pracy nad tym albumem. 

Niestety, a może i stety jestem ogromną fanką O.N.A. Słuchając twojego albumu, wyłapuję pewne subtelne podobieństwa. Nie boisz się, że „ortodoksi” będą cię męczyć porównaniami? 
Powtarzam dość często w wywiadach, że strach działa bardzo destrukcyjnie, ale na szczęście trochę się z niego wyleczyłam. Mam też w pełni świadomość, że nie jestem w stanie zadowolić każdego słuchacza, a porównania zawsze były, są i będą i my nie mamy na to żadnego, realnego wpływu. Analizując jednak cały proces powstawania płyty i fakt, że Grzegorz żadnej z premierowych kompozycji nie wyciągnął z przysłowiowej szuflady, a każdą z piosenek napisał specjalnie dla mnie oraz to, że pracę nad płytą poprzedziły długie rozmowy o muzyce, o klimatach i dźwiękach, które najgłośniej we mnie grają, sprawia, że mogę z ręką na sercu stwierdzić, iż jest to moja osobista płyta, płyta Joli Tubielewicz.

„Czarna Wdowa” jako pierwsza wzięła na barki promocję całego albumu. Co jest takie wyjątkowego w tej piosence, że została oddelegowana na front promocyjnej walki? 
Cóż, muszę szczerze przyznać, że wybór singla podyktowany był bardziej względami emocjonalnymi niż merytorycznymi. „Czarna wdowa” to pierwszy utwór, do którego nagrałam wokale na płycie i dlatego mam do niego szczególny stosunek emocjonalny. Poza tym wydaje mi się, że jest to wybór trochę w kontrze do tego czym powinno się dzisiaj kierować, wybierając pierwszy singiel. (śmiech). Współczesna radiowa piosenka powinna mieć podobno max. 3 minuty, 3 minuty, w których nie ma miejsca na takie wybryki jak gitarowe solo. No cóż, „Czarna wdowa” nie spełnia tych kryteriów i funkcjonuje jakby trochę na przekór panującym modom. 

Premiera albumu to nie lada wydarzenie dla artysty. Trema jest? Jak sobie z nią radzisz? 
Myślę, że dziś tremę zastąpiła radość. Czuję się szczęśliwa, że spełniło się jedno z moich najskrytszych marzeń. Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało — od kilku dni unoszę się nad ziemią, przepełnia mnie radość i podekscytowanie. 

Może być zdjęciem w zbliżeniu przedstawiającym 1 osoba, długie włosy i na świeżym powietrzu
Jola Tubielewicz / foto. PhotoWonderland.no

Gdybyś miała opisać słuchacza idealnego twojej płyty, kto nim był? Pani z biura, motocyklista w skórach, czy… 
Nie mam sprecyzowanej wizji „słuchacza idealnego”. Uważam, że może to być każdy. Każdy, kto poczuje, że emocje i dźwięki zawarte na płycie są mu bliskie. Niezależnie od wieku, wykonywanego zawodu czy przekonań. Jeśli ktoś tęsknił za żywym graniem, szczerymi emocjami i soczystymi riffami gitarowymi to z pewnością tutaj je odnajdzie. 

Koncertowy sezon zaczyna się krystalizować. Pandemia… z nią to nigdy nie wiadomo! A ty? Zawitasz na scenach rozsianych po Polsce, by promować swoje muzyczne dziecko? 
Oczywiście! Koncerty to coś, co uwielbiam. Są one dla mnie prawdziwym świętem, niesamowitą wymianą energii pomiędzy publicznością i artystą. Nie mogę się doczekać, by zaprezentować materiał z płyty na żywo. 

Uczestniczyłaś w kilku talent show. Z perspektywy czasu było ci to do czegoś potrzebne? Polecasz taką formę promocji młodym i zdolnym, którzy w branży stawiają dopiero pierwsze kroki? 
Mam za sobą udział w dwóch „talent show”: w „Szansie na sukces” oraz „Must be the music”. Wychodzę z założenia, że każda muzyczna przygoda jest czymś wartościowym, ponieważ wzbogaca nas o nowe doświadczenia. W moim przypadku talent show pozwoliło mi zostać zauważoną przez odpowiednich ludzi z branży. Myślę, że kluczowe jest nastawienie, z jakim udajemy się na taki casting. Nie powinniśmy traktować udziału w talent show jako naszego muzycznego być albo nie być, jako tej jedynej życiowej szansy. Nie powinniśmy też, w razie niepowodzenia, poddawać się i traktować opinii jury jako wyroczni. W przypadku chwilowego sukcesu i pozytywnych opinii ze strony oceniających niebezpieczne jest jednak popadanie w totalną euforię. Czasami światła reflektorów bardzo szybko gasną, a zbyt rozbudzone marzenia mogą się skończyć ogromnym rozczarowaniem. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że tego typu programy rządzą się swoimi prawami i najważniejsze jest, abyśmy, mimo różnych przeszkód i potknięć, nie tracili wiary i nadal robili to co kochamy.

📸 PhotoWonderland.no

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.