Boskie oblicze Kasi Lins w „Śniłam, że jest spokój”. Rocznica premiery albumu „Moja wina”

Kasia Lins jak mało która artystka docenia potęgę rytuału oraz cyklicznej natury rzeczywistości. Dokładnie rok po premierze świetnie przyjętego przez fanów i krytyków albumu „Moja wina”, w sieci ukazał się klip do utworu „Śniłam, że jest spokój”.

W nowym teledysku, wyreżyserowanym przez artystkę razem z Karolem Łakomcem, nie zabrakło nawiązań do tematyki sakralnej, która stanowi jeden z głównych motywów opowieści skupionej wokół „Mojej winy”. „Śniłam, że jest spokój” to już ostatni singiel z tego krążka.

Teledysk do piosenki „Śniłam, że jest spokój” to nasza ostatnia wspólna modlitwa, tym razem dziękczynna. W ten sposób chcemy wyrazić wdzięczność za obcowanie z „Moją winą” i zachęcić do przeżywania jej ponownie na koncertach, na których za moment się spotkamy. Po wszystkich obrządkach, które wspólnie odprawiliśmy, a zwłaszcza po ceremonii żałobnej w „Morzu czerwonym”, chciałabym, aby cała nasza wspólnota doświadczyła jej kontynuacji na kolejnym etapie, jakim jest wejście do upragnionego raju. Matka Boska Linsowska dziękuje za ten rok!!!

Kasia Lins

Album „Moja wina” udowodnił, że Kasia Lins jest artystką całkowicie unikatową i o ile można kategoryzować jej muzykę jako pop alternatywny, czy pop noir, to jednak każde określenie będzie ograniczające. Lins nie poddaje się próbom porównywania jej z kimkolwiek i próżno szukać konkretnych inspiracji innymi piosenkarkami, za to warto źródła jej fascynacji odkrywać w poezji, filmie, teatrze, a nawet malarstwie. Bo Lins to artystka świadoma i konsekwentna, skupiona na całościowej wizji, w której mieszczą się na równych prawach muzyka, tekst oraz strona wizualna.

Tak jak płyta „Moja wina” jest zwartą, zbliżającą się do formuły koncept-albumu opowieścią o miłości trudniejszej niż samotność, boleśniejszej niż rozstanie, bardziej dojmującej niż brak miłości, tak również teledyski Lins układają się w filmową opowieść, gdzie każdy kolejny klip jest odcinkiem serialu o obrządkach religijnych bądź parareligijnych i każdy nawiązuje do poprzedniego. Lins wciela się raz w mistrzynię ceremonii okultystycznej („Rób tak dalej”), kiedy indziej w zakonnicę („Koniec świata”), raz w pannę młodą („Moja wina”), pokrytą żałobą wdowę („Morze Czerwone”) czy po prostu w Matkę Boską zapraszającą do wyśnionego raju (Śniłam, że jest spokój). Ale odgrywając kolejne postaci ani przez chwilę nie przestaje być Kasią Lins.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.