„Łapię się na tym, że słucham częstotliwościami…” – OS.SO


Muzyka jest wszędzie, trzeba tylko dobrze nadstawić uszu. OS.SO to artystka, która doskonale wie, o czym mowa.

OS.SO, czyli Zuzanna Ossowska już niebawem świętować będzie wydanie kolejnego projektu, a tymczasem zapraszamy do lektury wywiadu, w którym wrócimy nieco początków, potem zahaczymy o teraźniejszość i skończymy na przyszłości, ale to nie wszystko…

Karolina Filarczyk

OS.SO

Muzyka. Ona zawsze stanowiło dla ciebie priorytet?
I tak i nie. Z jednej strony zawsze była obecna w moim życiu, na starych rodzinnych nagraniach wideo widzę kilkuletnie dziecko, które cały czas nuci coś pod nosem i przy okazji zamęcza wszystkich wokół (śmiech). Potem przyszła kolej na słuchanie The Beatles z winyli rodziców, odtwarzanie ulubionych płyt tyle razy, aż zapamięta się każdy dźwięk, ale świadoma decyzja o zawodowym zajmowaniu się muzyką przyszła znacznie później.

Równolegle istniała też literatura – mój drugi ulubiony świat – i w zasadzie jeszcze nie tak dawno byłam przekonana, że skończę jako akademiczka wykładająca na uniwersytecie. Przez kilka lat prowadziłam zajęcia dla studentów, jeździłam na konferencje, publikowałam teksty z teorii literatury. Teraz przeniosłam się bardziej w stronę publicystyki muzycznej i eseistyki.

Jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Śpiewasz, piszesz, komponujesz i produkujesz swoje piosenki. Nie ufasz, wiesz lepiej, czy są na to wszystko jakieś inne wytłumaczenia?
Jednoosobowe zajmowanie się muzyką, wydawaną pod szyldem OS.SO to dla mnie zupełna nowość – moja pierwsza i jedyna muzyczna odsłona w charakterze one man army. Na co dzień piszę i produkuję piosenki dla innych artystów i wtedy zwykle pracuję w 2-3 osobowych zespołach, a materiał jest wynikiem spotkania różnych artystycznych spojrzeń na muzykę.

Bardzo cenię tę formę pracy, bo wzajemne inspirowanie się podczas sesji studyjnych potrafi przynieść świetne rezultaty, ale potrzebuję też przestrzeni, w której muzyczne decyzje będą zależały ode mnie – nie dlatego, że wiem lepiej. Chodzi o możliwość realizacji własnych pomysłów bez kompromisów i myślenia o tym, co z tą muzyką stanie się dalej. Czysta przyjemność z tworzenia – tak bym określiła ideę, stojącą za pomysłem o podjęciu działalności jednoosobowej.

Debiut za tobą. Przed tobą zaś premiera kolejnego wydawnictwa. Trema jest na podobnym poziomie?
Niekoniecznie jest to paraliżująca trema, bo zwykle przedpremierowa albo przedkoncertowa adrenalina działa na mnie bardzo dobrze – pozwala mi się skoncentrować i odkleić od tego, co na zewnątrz. Czuję za to pewien rodzaj napięcia związany z ostatecznym odłączeniem się od efektu swojej pracy i patrzeniem, jak płynie dalej, już bez mojego wpływu. To ciekawe doświadczenie, z chwilą, gdy materiał opuszcza bezpieczne ramy studia i nic już nie mogę zmienić, rozpoczyna się jego drugie, pełne życie – w kontakcie z odbiorcami.

„Kolekcjonuję ciszę i pejzaże dźwiękowe”. To twoje antidotum na przebodźcowanie, które nas otacza, sposób na wyrażenie siebie?
Tak, wsłuchiwanie się w dźwięki, których zwykle świadomie nie dostrzegamy, to celowe nastrajanie się na wszystko to, co umyka w środowisku zanieczyszczonym hałasem. Coraz więcej mówi się o negatywnym wpływie nadmiaru dźwięków. A jednocześnie nagrywanie i samplowanie pejzaży dźwiękowych, czyli audiosfery charakterystycznej dla danego miejsca, to element mojego muzycznego języka. Często łapię się na tym, że słucham częstotliwościami – np. szeleszcząca plastikowa reklamówka odzywa się w podobnym rejestrze co niektóre perkusyjne przeszkadzajki i mój mózg od razu wychwytuje tę zależność. Ten sposób słyszenia wykorzystuję podczas aranżowania swojego materiału.

Twoja muzyka ewidentnie nie jest skierowana ko każdego „statystycznego Kowalskiego”. Gdybyś miała w kilku słowach scharakteryzować twojego potencjalnego słuchacza… kto to by był?
To bardzo trudne pytanie, choćby ze względu na wspomniane przeze mnie wcześniej poczucie, że kiedy wypuszczam muzykę w świat, ona staje się samodzielnym bytem i mam niewielki wpływ na to, do kogo trafi. Gdybym jednak miała zaprojektować słuchacza swoich utworów, wyobraziłabym sobie trzy postaci: poszukiwacza, melancholika i outsidera. Pierwszą z nich interesowałaby muzyka, która nie lubi iść z prądem i szuka mniej uczęszczanych ścieżek. Druga lubiłaby się zanurzać w tekstach i nastrojowych, przestrzennych brzmieniach, trzecia postrzegałaby muzykę jako odrębny świat, w którym można się na chwilę schronić przed rzeczywistością.

To, jaką muzykę tworzysz – wiemy, a czego słuchasz, kiedy nikt cię nie widzi?
Słuchanie dzielę na dwie pule, pierwsza z nich to nasłuchiwanie zawodowe, czyli bycie na bieżąco z nowościami, przebojami z różnych gatunków (od mainstreamowego popu, po alternatywę czy hip hop), śledzenie trendów, analityczne rozbieranie muzyki na czynniki pierwsze. Druga to wsłuchiwanie się muzykę, której forma i brzmienie sprawiają mi najwięcej przyjemności i inspirują mnie jako autorkę. Tu wymieniłabym przede wszystkim muzykę klasyczną, filmową, art pop, muzykę eksperymentalną, ale i twórczość Nine Inch Nails czy koncepcyjne albumy spod znaku rocka progresywnego.

Tworzysz także po angielsku. Spotkało się to ostatnio ze sporym uznaniem wśród kapituły jury International Songwriting Competition. Jak trafiłaś do tego konkursu? Na czym on polega?
To międzynarodowy konkurs dla songwriterów, bardzo prestiżowa sprawa, bo w jury ISC zasiadają takie gwiazdy, jak Coldplay, Hozier, Nancy Wilson i przedstawiciele branży muzycznej (m.in. z wytwórni Motown, Columbia czy Atlantic). Zgłosiłam do konkursu dwie swoje piosenki – w zeszłym roku wykonywaną przeze mnie balladę „Single Blow”, w tym napisany na campie songwriterskim popowy utwór „Dancing With Myself”, obie dostały się do półfinału konkursu, co jest dla mnie dużym wyróżnieniem. Do tego etapu zakwalifikowano jedynie kilka procent piosenek z ponad 25 000 zgłoszeń z całego świata. Co prawda Bela Bartok twierdził, że konkursy są dla koni, a nie dla artystów (śmiech) i jest w tym sporo prawdy – ściganie się na dźwięki nie ma sensu, trudno nawet określić obiektywne kryteria oceny sztuki – ale czasem fajnie wiedzieć, że inni muzycy uznali coś, w co włożyło się mnóstwo pracy i energii za wartościowe, warte zauważenia.

W 2022 ukaże się album „Lethe”. O czym będziesz śpiewać swoim słuchaczom? W jaki świat chciałabyś się tam wraz z nimi przenieść?
Mitologiczna Lethe to rzeka zapomnienia – tworząc album, myślałam o muzycznej przestrzeni, dzięki której można na kilkadziesiąt minut odpłynąć ze swojego życia i zanurzyć się w tych słowno-muzycznych historiach jak w opowiadaniach. Może dlatego w kilku piosenkach zwracam się bezpośrednio do słuchaczy, piszę tak, jakbym spotykała się z kimś w cztery oczy. Pamięć i czas to też dwa „moje” tematy, na pewno będą w jakiejś formie pojawiać się i w kolejnych odsłonach sygnowanych jako OS.SO.

Aktualnie na tapecie jest „Waterfall”. Piosenka otwiera twoje najnowsze wydawnictwo. Czym jest tytułowy wodospad? Co zainspirowało cię do napisana tych słów?
Teksty piosenek to bardzo ciekawa materia, mam wrażenie, że często po jakimś czasie okazuje się, że nabierają one zupełnie innych znaczeń niż te, które towarzyszyły mi przy powstawaniu utworu. „Waterfall” jest przykładem takiej niejednoznaczności. To piosenka o bezruchu – jego dobrych i złych stronach. Kiedy pisałam do niej tekst i muzykę, w głowie miałam przede wszystkim opowieść o iluzjach, które potrafią latami przesłaniać rzeczywistość, aż wreszcie opadają z taką siłą, że usuwają grunt pod nogami i jedyne, co można wówczas zrobić, to trzymać się stoickiej sztuki życia – zachować niezmącony spokój. Teraz czuję, że pole znaczeniowe tego tekstu zmieniło się i dostrzegam w nim też historię o wzniosłości, zjawiskach, które nas przerastają, a ich potężny szum zagłusza wszystko to, co chwilowe i błahe.

Do piosenki powstał bardzo nieszablonowy, jak na polskie realia klip. Powstał on za twoją sprawą. Jak powstawał scenariusz do teledysku?
Bardzo się cieszę, że tak odbierasz ten teledysk, zależało mi na tym, żeby nie zamykać się w sprawdzonych szablonach i zrobić coś zupełnie innego. Pomył na klip do „Waterfall” przyszedł mi do głowy, kiedy czytałam autobiografię Mariny Abramovic. Filozofia sztuki tej artystki jest bliska mojemu spojrzeniu na proces twórczy – chcę intensywnie doznawać na własnej skórze wykreowane sytuacje artystyczne.

Teledysk do „Waterfall” miał być zapisem całodziennej medytacji na niewygodnym krześle. Podczas nagrań potwornie zmarzłam (zdjęcia odbywały się w bardzo zimny jesienny dzień, od przedpołudnia, do zachodu słońca), miałam wrażenie, że na filmie będzie widać, jak trzęsę się na wietrze, ale chyba ostatecznie udało mi się zachować fason. Może to zabrzmi jak zupełnie pokręcona logika, ale wiem, że dopóki chce mi się targać do lasu stare krzesło i siedzieć na nim pół dnia, wszystko ze mną w porządku (śmiech).

Sezon koncertowy wystartował. Wprawdzie koniunktura post pandemiczna i realia z wojną w tle nie są sprzymierzeńcami artystów, ale grać trzeba. Masz już jakieś plany na wakacje, czy dopiero jesień?
Tak, to prawda, że w obecnej sytuacji organizacja koncertów zupełnie nie przypomina beztroskiego planowania wydarzeń, znanego sprzed dwóch lat. Latem pojawię się na scenie tylko na chwilę, o szczegółach będę informować już niebawem. Dopiero jesienią planuję oficjalny koncert premierowy i małą trasę zaraz po wydaniu płyty. Moim występom towarzyszą zsynchronizowane z muzyką wizualizacje, więc myślę, że materiał z albumu dobrze się sprawdzi w długie, nieco mroczne wieczory w kameralnych klubach.


OS.SO – (Zuzanna Ossowska) kompozytorka, autorka tekstów, multiinstrumentalistka. Jej głównym instrumentem jest gitara basowa, ale gra też na pianinie, perkusji, gamelanie (indonezyjskich idiofonach) i śpiewa. Tworzy scenariusze do swoich teledysków i zajmuje się ich reżyserią. Literaturoznawczyni, pisząca muzykę i o muzyce – prowadzi autorską rubrykę w magazynie „Muzyk”, gdzie przygląda się dźwiękom kulturoznawczym okiem. W 2022 ukaże się pełnowymiarowy album artystki “Lethe” (WM Records/Agora), wydanie płyty wsparły ZAiKS i STOART.

One Comment

  1. G.

    Świetna rozmowa!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.