Co dzieje się, gdy twój utwór wybiera sam Marcin Bors? Jak wygląda nagrywanie wokali bez odsłuchu, w pokoju pełnym materacy? I czym tak naprawdę jest Blue Pop?
Zapraszamy do przeczytania szczerej i poruszającej rozmowy z Karoliną Charko, która swoim debiutem udowadnia, że warto iść pod prąd — nawet jeśli droga prowadzi przez most zbudowany z emocji, odwagi i muzycznych eksperymentów. Cały wywiad znajdziecie poniżej!
Co sprawiło, że zdecydowałaś się na współpracę z Marcinem Borsem przy produkcji „MOST” i jak przebiegała ta współpraca?
To było trochę odwrotnie. To Marcin zdecydował się na produkcję tego utworu. A dokładniej było to tak, że często, gdy odzywam się do producentów w sprawie współpracy, dostają oni ode mnie kilka „demówek”. Żeby mogli poczuć muzę, wybrać, nad czym najbardziej chcą popracować, który utwór od razu coś w nich uruchamia, pobudza wyobraźnie. W tym przypadku był to “Most” oraz dwa inne, ale padło na ten właśnie utwór.
Sam fakt, że do tej współpracy doszło, było dla mnie wielkim wyróżnieniem. Bo jak może niektórym wiadomo, Marcin bardzo zapracowanym człowiekiem jest. Jest też osobą orbitującą gdzieś daleko w galaktyce, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, więc pracując z nim, ciężko przewidzieć, czego można się spodziewać. Ale jak tak cofnę się do poszczególnych wersji, czy może bardziej etapów powstawania tego utworu, każdy podobał mi się tylko bardziej. Gdy dostałam już ostateczny mix utworu, napisałam Marcinowi, że najchętniej robiłabym z nim już jakiś kolejny utwór.
Myślę, że najciekawszym dla mnie doświadczeniem podczas nagrań do tej piosenki były sesje z nagrywania wokali. I nie chodzi o to, że ‘budka’ do nagrywania była na poddaszu drewnianego domku, w małym pokoiku wypełnionym po brzegi materacami. Nagrania trwały dwa dni, każdego po kilka godzin. Jedynym moim punktem odniesienia do tego co śpiewałam, były komentarze i rozmaite wskazówki Marcina, co do tego w jaki sposób co zaśpiewać. Nie odsłuchałam wtedy praktycznie nic. Miałam wejść w śpiewanie na maksa, bez żadnego oceniania, analizowania. W którymś momencie Marcin stwierdził, że ma już wszystko i tym samym zakończyliśmy nagrania. Dopiero po kilku tygodniach a może nawet miesiącach, gdy Marcin zrobił wszystko, co tam chciał zrobić, podesłał wstępny mix i usłyszałam po raz pierwszy efekty naszych nagrań. No i wiesz… Było nieźle!
Wiele osób określa Twoją muzykę jako Blue Pop. Jakie znaczenie ma to określenie i jak wypracowałaś swój unikalny styl?
Nie wiem czy aż TAK wiele, ale jakoś pasuje mi to, do mojej muzy. Po raz pierwszy określenia Blue Pop użył Piotrek (Lato), z którym pracujemy od samego początku. Pop od ewidentnej melodyjności utworów a Blue oczywiście od uczucia BLUE, nastroju, mieszaniny melancholii i smutku…
Cały ten album jest taką drogą wypracowywania stylu, który jest we mnie jakoś mocno zakorzeniony jednak. Mówię tak, ponieważ płyta powstawała według maksymy “One producer – one song. Another song – another producer”, czyli dość wszechstronnie i z ryzykiem braku spójności, ale jednak…te piosenki wołają o konkretne podejście, są moje, tak jak teksty, razem z Piotrkiem jesteśmy przy produkcji plus na samym końcu miksuje to jeszcze Marcin Bors. Więc poza stempelkiem każdego z producentów mamy nad tym kontrolę i kierujemy tym procesem plus na samym końcu sklei, to jeszcze i wymiesza ładnie Marcin.
W tekście „MOST” poruszasz temat brania życia we własne ręce i akceptacji jego niedoskonałości. Jakie doświadczenia osobiste inspirowały Cię do stworzenia takiej tematyki?
Myślę, że na to, o czym wspominasz, zebrało się ostatnie 10 lat mojego życia! Dochodzenie do tego, aby nie czekać, aż wszystkie gwiazdy ułożą się i nadejdzie ten jeden niepowtarzalny moment na wydawanie swojej muzyki. Nie mam w sobie takiej samoistnie wbudowanej “mocy” do parcia naprzód pomimo wszystko. Musiałam wiele w sobie przepracować, zmienić i dokonać świadomych wyborów co do tego, jak ma wyglądać moje życie. Moje ulubione powiedzenie “Jeśli chcesz zmienić coś w swoim życiu, zmień coś w swoim życiu”.
No i tak krok po kroku, rok za rokiem działam, pomimo ogromnego strachu. Tutaj dużym, jak nie największym wsparciem dla mnie w tym niełatwym dla mnie procesie jest Piotrek, mój narzeczony. Czasami mam wrażenie, że ja bym chyba nie dała rady sama ze sobą wytrzymać w tych wszystkich moich trudnych okresach, załamaniach. Ale mamy to szczęście, że mamy do siebie wielką cierpliwość i staramy się dawać sobie nawzajem ogrom wsparcia.
W utworze zastosowano niekonwencjonalne podejście do rytmu, używając przedmiotów codziennego użytku. Co chciałaś przekazać tym eksperymentem i jak wpłynął on na finalny efekt?
Zawsze lubiłam nietypowe podejście do warstwy rytmicznej. Perkusja, która tworzy swój własny, odrębny świat, a jednocześnie tak świetnie podkreśla każdą z cząstek piosenki i nadaje niepowtarzalną energetykę. Jest taki utwór “Technicolor Beat” Oh Wonder, który bardzo lubię. Znajduje się na mojej składance, którą podsyłam muzykom jako taki zestaw piosenek, żeby przybliżyć, co jest mi muzycznie bliskie. Perkusja zrobiona jest w tej piosence z najprzeróżniejszych sampli, w nieoczywistym rytmie, brzmi co najmniej nietuzinkowo. Zresztą, numerów z wyraźną, niestandardową sekcją rytmiczną/beatem uwielbiam więcej, to zawsze na mnie działa.
Co do “Mostu” to za całe perkusyjne “zamieszanie” odpowiedzialny jest Marcin wraz z perkusistką, Wiktorią Bialic. On z przestworzy swojej wyobraźni ściągnął ten kosmiczny beat, a Wiktoria dołożyła swoje ogromne umiejętności i własną inwencję… i tak powstał Chocapic.
Czy możesz podzielić się z nami swoją wizją dalszego rozwoju artystycznego? Jakie kierunki muzyczne zamierzasz eksplorować na swojej debiutanckiej płycie?
Liczba mnoga jest tu jak najbardziej zasadna. Bo na pewno nie będzie to jeden kierunek. Pozwoliłam sobie trochę poeksperymentować i poeksplorować przestrzeń kreatywną, poczuć gdzie jest moje muzyczne miejsce. Każda kolejna piosenka/singiel to praca z innym producentem. Dzięki temu bardzo dużo mogłam dowiedzieć się o produkowaniu muzyki, od każdego wiele nauczyć. Wiadomo, każdy pracuję inaczej, a ja dzięki temu obserwowałam, czego nowego uczy mnie to o mnie samej. Co daje mi komfort, o co zadbać. Na przykład dowiedziałam się o sobie bardzo dla mnie zaskakującej rzeczy. Zawsze myślałam, że najfajniej to się nagrywa wokale, jak się jest samemu w czterech ścianach, jak się akurat złapie “ten moment”. A tu się raptem po paru piosenkach okazało, że uwielbiam nagrywać je z kimś. Zwłaszcza jeśli jest to osoba, która się na tym się zna, nie jest tylko realizatorem nagrania, ale też pewnego rodzaju drogowskazem. Czyli właśnie producentem. Odkrywamy ten utwór razem na nowo.
Co do warstw harmonii, chórków, wokalnych landscape’ów – tu już lubię wrócić z konceptem piosenki do domu, do swojego małego muzycznego laboratorium i zamknąć się na jakiś czas, wszystko wymyślić, nagrać demo, a potem już z Piotrem, na jego sprzęcie, zarejestrować docelowe partie. A są one z pewnością istotnym elementem mojego stylu. Tak. Tak bym powiedziała. Co do kierunków. Będzie dalej trochę alternatywnie, ale i mocno akustycznie w stronę folkową, nie skłamię jeśli powiem, że będzie też popowa, w moim odczuciu, totalnie radiowa piosenka – za to odpowiedzialny był Piotr Pluta. Zabłądziliśmy nawet z jednym producentem w hiphopowy beat – pozdrowienia dla Marcina Patera z Krakowa. A, no i jeszcze pełna gitar, niczym z westernowej wersji Bondowskiego filmu piosenka o miłości, którą robiliśmy z Robertem Cichym. W ogóle zachwycona jestem tą formą pracy – zrobiłam niejako 10 różnych płyt w ramach tej jednej. Bo otwieranie się na nowych ludzi, nowych producentów top proces nie dość, że trudny dla mnie to również pracochłonny i czasochłonny no i totalnie inne planety. Bardzo cenię sobie każdą.
Dlatego wspomnę pozostałych – Jeremiasz Hendzel, Buslav, Adaś Bieranowski i Mateusz Brzostowski. Bardzo Wam wszystkim dziękuję. Dwa numery zaryzykowaliśmy wyprodukować samodzielnie z Piotrem. Też są extra!!
Karolina Filarczyk





