Żurkowski: „Dajemy z siebie dużo pozytywnej energii”

Żurkowski: "Dajemy z siebie dużo pozytywnej energii"

Żurkowski to moc sama w sobie. Muzyka nie pozwala spokojnie zasnąć, stymuluje do przemyśleć, a przede wszystkim udowadnia, że polskie zespoły są coraz lepsze.

„Kurz” to drugi studyjny album grupy Żurkowski. Na jej czele stanął Łukasz Żurkowski, który pozostawia słuchacza po odsłuchu płyty wstrząśniętym – nie zmieszanym. O czym jest „Kurz”? Jak się zaczęła przygoda Łukasza z muzyka?

O tym dowiecie się z naszego wywiadu.

Karolina Filarczyk

Łukasz Żurkowski

Często słyszałeś od rodziny, czy znajomych, że muzyka, to niepewny chleb, i może lepiej, jak zajmiesz się sprzedawaniem okiem? Co im wtedy odpowiadałeś?
Hahah! Tak! Oczywiście, że to słyszałem i to setki razy, ale jednocześnie miałem też wiele wsparcia od rodziny w tej mojej muzycznej drodze. Przykładowo pieniądze na moją pierwszą gitarę dała mi moja mama,  zaś drugie wiosło kupiła mi babcia, a pierwszy efekt do gitary podarował mi tata na urodziny, więc mimo lekkich zgryźliwości zawsze mogłem na swoją rodzinę liczyć.

Skąd się wziął w ogóle plan na zespół?  
Odkąd sięgam pamięcią, zawsze grałem w zespołach. Pierwszy skład założyłem w Suwałkach, z których pochodzę, mając wtedy jakieś 13-14 lat i od tamtej chwili nie wyobrażam sobie życia bez grania, prób, koncertów czy nagrywek. Jednakże często z zespołami bywa tak, że się rozpadają z różnych powodów. Zaliczyłem kilka rozpadów kapel w Polsce, po czym wyjechałem do Wielkiej Brytanii i tam po kilku latach życia założyłem zespół „Sixth of July”. Bardzo wierzyłem, że to jest ten jedyny zespół do końca! Nagraliśmy super EP-kę, wszystko zmierzało w dobrym kierunku, aż tu nagle mój przyjaciel Jarosław Soboń (wokalista tego projektu) przed próbą poinformował mnie, że wraca do Polski na stałe. I ten moment na mnie bardzo mocno wpłynął. Postanowiłem więcej nie grać w zespołach jako gitarzysta tylko wziąć sprawy w swoje ręce i grać pierwsze skrzypce. I tak powstał projekt, który podpisuje swoim nazwiskiem.   

Najnowszy singiel Żurowskiego już dostępny / YouTube

Kiedy debiutujesz na rynku, stres cię zjada w obawie o to, czy publika „zaskoczy”. A kiedy wydaje się kolejny album, to stres spowodowany jest… Miałeś tremę przed premierą „Kurzu”?  
To prawda przy wydawaniu płyty „Włóczęga” towarzyszył mi ogromny stres wymieszany z tremą i euforią, ale już przy płycie „KURZ” tego stresu nie odczuwałem. Tylko radość! Uważam, że druga płyta jest lepsza od poprzedniej i bardzo chciałem podzielić się nią ze światem.   

„Z demonami witam się przy lustrze”. Muzyka jest najskuteczniejszą metodą, by je przepracować? Sądzisz, że twoi słuchacze znajdą tutaj (na płycie) cząstkę siebie?  
Każdy ma swoją metodę na pozbywanie się demonów. Moją nieustanie jest muzyka. Gdy mnie coś trapi, zamykam się w studiu, biorę gitarę w rękę, odpalam notatnik na telefonie i znikam. Wydaje mi się, że w moich tekstach każdy będzie mógł dostrzec cząstkę siebie. Wbrew pozorom wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni.   

Do współpracy nad albumem zaprosiłeś dwóch świetnych muzyków: Organka i Swiernalisa. Utwory „Western” i „Cienie” powstawały specjalnie „pod nich”, czy te duety wyszły spontanicznie? Jak przekonałeś panów do swojego projektu?  
To był totalny spontan. Przy utworze „Western” wspólna kolaboracja z Tomkiem powstała w wyniku naszej rozmowy na Instagramie. Siedziałem w studiu i próbowałem stworzyć muzykę do filmu dokumentalnego mojego znajomego. Wrzuciłem jakąś relacje, na którą zareagował Tomasz i podczas rozmowy od słowa do słowa stwierdziliśmy, że trzeba to zrobić wspólnie. Z kolei z utworem „CIENIE” miałem problem. Napisałem muzykę i refreny, ale totalnie nie miałem pomysłu na melodie zwrotek ani na tekst. Zapytałem Pawła, czy nie chciałby dołożyć swoich 5 gr do tego kawałka. Zgodził się. Skubaniec napisał tekst i melodie w dosłownie 30 min i przysłał mi ślady. Jak odpaliłem je w projekcie, to spadłem z krzesła. Dosłownie! Wyszło świetnie. Taką ciekawostką jest to, że Tomasz, Paweł i ja jesteśmy z Suwałk.  😉 Śmiejemy się, że powinniśmy nagrać kawałek pt. „Suwalczki”. Może kiedyś!   

Na płycie jest krew, pot i łzy. Liryki to nie jest przekaz lekki i przyjemny – a mam wrażenie, że momentami osobiste „wycieczki” w mroczny głąb siebie. Nie boisz się, że ktoś uzna to za słabość? O czym śpiewasz swoim słuchaczom? Czym jest ów tajemniczy „Kurz”, który obrałeś w te piosenki?  
To wszystko, o czym piszę i śpiewam, wypływa prosto z mojego serca. Nie boje się mówić tego, co czuję na głos. Mnie to pomaga i uważam, że tak trzeba. Mówić głośno o tym co boli i o tym co cieszy. Próbowałem kiedyś nagrać wesołą piosenkę… nie wyszło, ale nie wykluczam, że w przyszłości może mi się uda. Póki co mojemu sercu bliższe są molowe melodie i paradoksalnie daje mi to radość.   

Słuchając waszej muzyki, nie da się uniknąć porównań. Często słyszycie frazes: „No, to co, co grają jak…”. Masz wtedy autorowi  ochotę dać po pysku, czy czujesz igiełkę dumy, że jesteście niezgorsi, niż…  
„No taki Organek, Happysad, Coma” to słyszę najczęściej hehe. Szczerze mówiąc, tego się nie da ominąć, więc nie ma sensu się na to złościć. Jest to troszeczkę męczące, że jak ktoś przed Tobą zagrał mocny riff,  to znaczy, że to jego styl i ma monopol na takie granie, a Ciebie zawsze będą porównywali. Tak było, jest i będzie także mam z tym luz.   

Aktualnie jesteś w trasie koncertowej. Jeździsz po Polsce z nowym albumem – podoba się (publice i tobie)?  
Jesteśmy po pierwszej części trasy i na każdym z koncertów bawiliśmy się świetnie! Najbardziej cieszy mnie fakt, że zdarzają się koncerty, gdzie ludzie z publiki śpiewają ze mną! Wzrusza mnie to bardzo! Dajemy z siebie dużo pozytywnej energii ze sceny, a ludzie to odwzajemniają i to jest najpiękniejsze na świecie.     

… i co dalej Panie Żurkowski?  
Kilka dni przerwy, a potem zaczynamy drugą część trasy promującej płytę KURZ. Zapraszam wszystkich serdecznie!  Pozdrawiam mocno! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.